Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 stycznia 2011

Holiday on Ice

Tymi słowami zwraca się do mnie J, ilekroć moje nowe wdzianko wzbudza jej zainteresowanie. Odzywka może oznaczać, że ciuch jest wyjątkowo:

* kiczowaty
* wyrafinowany
* szykowny
* tandetny

Albo wszystko naraz.

Nadal nie wiem, czy jest to komplement, czy obelga. Trzeba zatem wywołać wilka z lasu. Śmiało stawić czoła twórczym inwektywom J, prowokując je świeżo wydziwaczoną kreacją.

Materiał nie wypadł sroce spod ogona - pochodzi ze spontanicznych, kratkowanych zakupów T, w wyniku których stała się posiadaczką ekscentrycznej Lady Peleryny. Do kompletu musiało powstać coś bzikowatego. Jakieś okrycie z pogranicza sztuki i kiczu, ze skrzyżowania cyrku, sportu i kabaretu. Główkowałam całą jesień. Aż nadeszło olśnienie, najprostsze rozwiązanie, co czaiło się od samego początku. Holiday on ice, oczywiście. Łyżwiarstwo figurowe!

Niech mi kto pokaże bardziej cudaczną dyscyplinę. Czy to jeszcze sport, czy już może teatr albo rewia? Żeby było jasne - mnie ta dziwaczność akurat nigdy nie przeszkadzała. Miałam, swego czasu, nagrane na kasetach wideo, pokazy z trzech kolejnych olimpiad. Jeden Brian Orser, drugi Boitano, Wiktor Petrenko, Philippe Candeloro, Klimowa i Ponomarienko, Maria Butyrska, Gordiejewa i Grinkow, Surya Bonaly, rodzeństwo Duchesnay... Mogłabym tak długo. Wspominam ich z rozrzewnieniem, jak starych znajomych, z którymi zerwał się kontakt. Spełniali moje marzenia.

Na razie, z braku czasu, kariera na lodzie nie jest mi pisana. Może później, to przeskoczę od razu do zawodowców. No i muszę sprawić sobie łyżwy.Te, w których onegdaj pomykałam po miejskich ślizgawkach (kiedy dotyczył mnie jeszcze obowiązek szkolny oraz prawo do zimowych holiday on ice), zaginęły w odmętach czasu. Tymczasem postanowiłam zainwestować w odpowiedni kostium, w którym będę mogła spokojnie budować formę.



Żadnych tiuli, cekinów, pończoch na ramionach i białych majtek na wierzchu, umówmy się, że nie o ten rodzaj doznań wizualnych chodzi. Raczej o wygodny, elegancki strój sportowy, który pozwoli mi przeskoczyć etap nauki, ominąć fazę mistrzowowską i od razu wkręcić pirueta do kabaretu. W którym mogłabym sunąć bez kompleksów obok Kurta Browninga.
Z powagą i kpiną, dystyngowanie i frywolnie. Z dziką frajdą.
Wygłup? Tak, ale z klasą. Ten facet był cztery razy mistrzem świata!



Kombinezon Holiday on Ice, z czerwoną podszewką i osobnymi mankietami, spełnił wszystkie moje wymagania. Co prawda, w trakcie debiutu towarzyskiego, okazało się, że nie jestem w stanie korzystać samodzielnie z łazienki. Zamek z tyłu, długi od szyi po tyłek. Uratowała mnie pomysłowość K. Suwak został zaopatrzony w smyczkę, jak rasowy kostium płetwonurka czy innego sportsmena. Czerwoną, z napisem 100 LAT WISŁY KRAKÓW. Niech żyje sport!

Tylko, nie wiedzieć czemu, na widok nowego wdzianka, J nie wypaliła swojej sztandarowej maksymy. Nic nie powiedziała. Czyżby ją zatkało? To prawie niemożliwe. Chyba, że naprawdę przekroczyłam wszelkie dopuszczalne normy. Zatem udało się, do zobaczenia na lodzie :-)

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Moc Polarna

Gościły tu jakiś czas temu polarne Świnki Trzy, ale nie wyczerpały tematu. Ostatnio - jako, że blog dobiega końca - przejrzałam zeszłoroczne zapiski, swój ambitny plan blogowych wątków. Jak wiele pozostało tylko na papierze! Może zaserwuję na finał listę tego, co udało się uszyć i zachować w pamięci, natomiast zabrakło dlań literek. Tymczasem nie mogę się powstrzymać od wpuszczenia w medialny kanał moich licznych produkcji polarowych. Tym bardziej, że każda jest mi bliska i nosi w szwach swoją własną opowieść.

Polar Power ma długoletnią historię, wpisaną w dzieje rodzinne i towarzyskie. W tej sadze występują polary - kamizelki, polary - dresy i polary - sukienki. Za nestora rodu robi mój biały polar sportowy, motocyklowo-snowboardowy, ciągle sprawny, dwuzamkowy. A najmłodszy jest beżowy elegant z marszczonym golfem-kryzą na zeszłoroczne urodziny T. Dla kilkuletniej Kaliny skleciłam pomarańczowy zestaw dresowy z kieszonkami w kształcie liści. Całkiem mały Karol biegał w polarkowych gatkach spod mej ręki, i lale Laury też...

No i już się rozłażą niesforne polarne dzieciaki!
Aby jakoś uporządkować tę szaloną familię, podzieliłam ją na trzy Megamocne Klany:


Dresy i podomki

Kilka lat temu T wpadła na cudowny pomysł, aby każdy członek naszej rodziny otrzymał pod choinkę polarowe odzienie. Ciepłe rodzinnym ogniskiem i misiowatym splotem. W tym fantastycznym projekcie tkwił mały haczyk. T fundowała tkaninę, ja miałam szyć :-)
Nasz dom zamienił się w manufakturę męskich (bluza plus spodnie) oraz damskich (sukienka domowa) zestawów bożonarodzenowych. K, który był wówczas elementem dochodzącym, otrzymał polarową kamizelkę.
I udało się! Po drodze nabrałam takiej wprawy, że z rozpędu machnęłam jeszcze każdemu inicjały na odzieży. Jak szaleć to szaleć!

Mogłabym otworzyć firmę “Christmas Polar Express”, czy jakoś tak ;-)
Świąteczna inicjatywa owocuje nowymi pokoleniami dresów dla T, które w drodze ewolucji przeobraziły się w dżersej. W polarze jej za gorąco. Za to Magdzie w podomce świetnie się spało. Z tego wątku narodziła się kolejna dynastia:

Stroje do spania

Moja rodzina lubi się do łóżka ciepło i ładnie ubrać. Zwłaszcza mężczyźni. Nieznaną odnogą genetycznych deformacji, moim sztandarowym dziełem w dziedzinie nocnej stał się męski kombinezon do spania... Zwykle z lekkiej dzianiny w misie lub samochodziki. Trochę dziecinny i nieco kowbojski. Nogawki do kolan, bez rękawów, zapinany na szereg zatrzasków lub guzików. W takim dessous sypiał mój brat, brat Magdy oraz K. Widok kolesia po trzydziestce, odzianego w trykoty, niczym Superman w domowych pieleszach - bezcenny :-)

Zapewne, gdybym chciała zrobić interes na męskich nocnych kombinezonach, byłby to strzał w dziesiątkę. Nie znalazłam nic podobnego w świecie allegro. A tradycja rodzinna na pewno nie zaginie. Wczoraj K przywołał temat, pytając kiedy dostanie nowy model. Zapewne w motocykle... Dobrze, że z dzianiny w motóry zdążyłam wcześniej uszyć koszulę nocną dla J, kiedy wylądowała w szpitalu. Ale to już całkiem inna historia, czyli:

Odzienie szpitalne

Czasem zwyczajny człowiek też musi wylądować w szpitalu. A cały dzień w piżamie nigdy nie mieścił się w standardach naszej rodziny. Dlatego Tata do szpitala dostał samodzielną koszulę flanelową, kuzynka szary dresik a J dwie koszule nocne.
Oczywiście z J był największy zamęt. Materiał czekał spokojnie na wyznaczony termin, podczas gdy mała Ala (przekorna jak matka) postanowiła wychylić się na świat miesiąc wcześniej. W trybie pilnym, nocnym, powstały dwie koszuliny dla świeżej mamy. Warunkiem sine qua non były zatrzaski z przodu, aby w każdej chwili potomkini miała dostęp do źródełka. Zatrzaski nie były najszczęśliwszym rozwiązaniem, bo walory J w tym czasie mocno się poprawiły ;-(
Przecież to J, to nie mogło się udać!
Za to jedna z koszul miała nadrukowane motocykle, co miało oderwać jej myśli w tych chwilach uziemnienia. (Chyba zadziałało, bo świeżo upieczona mamusia przeistoczyła się niezwłocznie w rasową motocyklistkę.) Ubezwłasnowolniona w szpitalu J, z tzw. “braku laku” nosiła to, co jej podetknięto, więc nie mogłam przepuścić takiej okazji. Druga koszula była perfidnie różowa...

Ubiłabym zapewne świetny interes, stacjonując z maszyną na oddziale dla matek i oferując im rozpinane na biuście koszule z nadrukiem. W statki, samoloty, rakiety. Albo plażowe parasole i drinki z palemką. Co kto lubi...

A morał Sagi Rodu Polarowego? Proponuję dwa, do wyboru. Który lepszy?

1. Gdyby nie rodzina, mogłabym założyć trzy biznesy krawieckie ;-P
2. Gdyby nie rodzina, nie miałabym dla kogo szyć :-*

środa, 12 stycznia 2011

Do tańca i do różańca

Trwa konkurs na Bloga Roku. Co robię w tej zabawie? Ano... bawię się :-)
I rozmyślam... Oczywiście :-P

Nie mam uniwersalnego wytrychu do otwierania ludzkich dusz. Znam się ledwo na własnej. Produkuję tu potwornie subiektywny zestaw skojarzeń i złotych myśli, wspartych fachową ręką K. Czy to się może komuś podobać? Nie myślałam o tym. A teraz przyszło mi - na własne życzenie - spędzać długie chwile na rozważaniu, jakim zainteresowaniem może cieszyć się ta pisanina. Powiedz, B, czy piszę dla duszy?
Od wczoraj spotkałam się z kilkoma dowodami sympatii (SMS o treści H00715 na nr 7122, 1,23 zł, na cel dobroczynny).
Wniebowziętam.

Na szczęście, nie ma czasu na jałowe debaty. Są inne sprawy do załatwienia. Z pewnością bardziej uniwersalne. Chodzi o małą czarną. Kieckę, co w każdej szafie wisieć powinna, a w każdym umyśle męskim budzić zwierza. Samograj świata mody, do którego można wrzucać każdą treść i każdą formę. Cudowną zaletą małej czarnej jest to, że zmienia się jak kameleon. Jedna sukienczyna potrafi przeobrazić się w kreację seksowną, skromną, odważną, porządną, subtelną, wyrafinowaną... każdą. Za pomocą odpowiedniej stylizacji, oczywiście. Co widać na załączonym obrazku:



Pokusiłam się o uszycie małej czarnej, z zasobów tkaninowych Mamy K (z resztki materiału uszyłam onegdaj Masterpiece). Czarny, gruby sztruks. Szczytem mego wyrafinowania było skrojenie jej tak, aby sztruksowe prążki wędrowały w różnych kierunkach, jak w bandażówce. Na tym zakończyłam działalność kreacyjną. W dziedzinie stylizacji jestem noga. Z czym to się je?
Moja mała czarna czekała na jakieś objawienie, na treść. Jak tabula rasa, tylko czarna. Jak domowa wersja Kosmicznego Dziecka z Odyseji 2001 ;-)

I co? Wysublimowana wyobraźnia podsunęła mi kombinację małej czarnej z szarymi rajtkami i czarnymi szpilkami. Doprawdy... kunsztownie.

Uderzyłam więc po pomoc na samą górę. Do guru polskich szafiarek - niekoronowanej głowy królestwa internetowej stylizacji - Sztywniary. Jak ona pokazałaby światu taką kieckę? W odpowiedzi dostałam gratis modowego gotowca. Dziękuję :-)
Stylizacja Sztywniary jest niezwykle prosta i oryginalna - kolorowa wielka chusta (może ludowa?) i karmelowe kozaki na grubym, klockowym obcasie. Zestaw casual, zdaje się.

Czy mogę liczyć na inne pomysły?

czwartek, 6 stycznia 2011

Aleja Gwiazd

Czy jeszcze zdążę z pompatycznym orędziem noworocznym?

Mój osobisty doradca i znawca obrzędów liturgiczno-obyczajowych, B, zapewnia, że życzenia noworoczne można składać aż do Trzech Króli. Mądrala. Kiedyś uszyję jej czarną pelerynę z gwiazdami, żeby wyglądała jak rasowy astrolog ;-)

Tymczasem sama potrzebowałam gwiazdorskiej kreacji. Sylwester zobowiązuje. A nie mogę po prostu iść do sklepu i kupić kiecki. Byłaby w tym jakaś ściema.

Wypatrzony na Silva welur kisił się w hurtowni już od października. Może ktoś pamięta, że raz już ruszyłam po niego, korzystając z publicznej komunikacji krakowskiej, której kręte trasy zaprowadziły mnie aż do Pekinu.

W wigilię Wigilii postanowiłam jeszcze raz spróbować. Teraz albo nigdy! Tym razem padło na tramwaj. Już po godzinie jazdy nową jedenastką (po dwóch przeprawach przez Wisłę, megakorku na Podgórzu i nieuważnym wysłuchaniu historii życia mamy Wiktora (tego niedobrego człowieka, jej męża Kazka, znam tylko z jej relacji), która zwierzała się do telefonu, podczas gdy jej kilkuletni synek usiłował wyrwać, skopać i rozszarpać cały wagon), stałam się posiadaczką upragnionej materii.

W godzinę powstała nowa sukienka, uszyta na bazie sprawdzonego projektu góry od piżamy. Nawet nie obszyłam brzegów, tylko powycinałam w swobodne floresy, tropiąc wzorek tkaniny nożyczkami do paznokci. Krawiectwo jest, doprawdy, arcybanalnie proste...

Tymczasem wpatruję się w gwiazdy. O ile prostsza jest dziś astronomia, gdy niebo - odpowiednio opisane - jest na wyciągnięcie ręki :-)

Być może wszystko jest bliżej, niż nam się zdaje. Skoro udało się pokonać welurowe fatum i doprowadzić do szczęśliwego finału na sylwestrowym parkiecie, inne sprawy też okażą się wykonalne?

Błądzimy po omacku w blasku gwiazd. Na ślepo szukamy własnej drogi we wszechświecie. Zdani na niepostępową astrologię wypatrujemy w konstelacjach znaków i wskazówek.

Niech się znajdą. Niech jakaś gwiazda, kometa czy inne niebieskie świecidło, wskaże nam w tym roku drogę do szczęścia. Jak Trzej Królowie, odnajdźmy Cel.

piątek, 24 grudnia 2010

Swiąteczne Inspiracje

Co świętujemy?

Odpowiedź niby jasna - narodziny dziecka w stajence.
I może coś więcej? Kolejny początek wszystkiego. Narodziny nadziei, inspiracji, pragnienia, idei...

Ludzie zwykle sądzą, że stworzenie potomka to najwyższy akt kreacji. A przecież z prawdziwą twórczością, tą z krainy duszy, prokreacja nie ma nic wspólnego! Jak akt czysto biologiczny można porównać do emanacji umysłu?

Tak sobie myślę, że każde działanie, wypływające z pozytywnej, wewnętrznej inspiracji, jest cennym stworzeniem. Przejawem ludzkiej duszy. Gdy tworzę, czuję, że istnieję naprawdę.

I nieważne, czy moje dzieła przetrwają sekundy czy lata. Nie ma znaczenia ich wartość określana w euro lub w złocie. Zaistniały przez ułamek wszechczasu. I to jest ich święto.

Tegoroczna choinka narodziła się w głowie K i powstała w jego sprawnych dłoniach. Prawdziwe arcydzieło modern art, z siatki na króliki i świetlnego węża. W roli dzwonków, szykowna, wieczorowa spódnica T, uszyta z myślą o sylwestrowo-karnawałowych parkietach.

I jeszcze jedna "inspiracja od wewnątrz" - zamiast papierowych opakowań - w tym roku nasze prezenty dla rodziny dostały czerwone, workowate ubranka. Niezwykle proste w wykonaniu, niesłychanie wygodne w noszeniu. Szyjąc je, wspomniałam moje krawiecki początki :-)

Wszystkim Wesołych Świąt. Niech żyją Narodziny. W naszych głowach ;-)

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Mikołajka

Dawno, dawno temu była sobie czerwona sukienka. Nazwano ją Lady in Red i była pierwszą bohaterką tego bloga. Prawdziwą królewną. Świat ujrzał ją tylko raz, na rodzinno-karnawałowo-walentynkowym balu. Przetańczyła całą noc i powędrowała na dno szafy. Wszystko przez okrutne Zasady, które rządzą moim światem bez cienia litości. Dla czerwieni nie ma miejsca w żadnej z pór roku. Lady in Red próbowała przeciwstawić się groźnej hemofobii, lecz jej wczesna, pionierska misja była skazana na niepowodzenie :-(

Na szczęście jej historia kończy się happy-endem, jak na prawdziwą bajkę przystało. J przygarnęła ją życzliwie, zgodnie ze swym przewrotnym założeniem, że ubrania uszyte specjalnie dla niej są porażką, ale te, które otrzymuje “w spadku”, są skrojone idealnie. Lady in Red znalazła nowy dom i nowe ciało.

A w moich zasobach nadal pozostał szmat czerwonej bawełny i przeleżał prawie rok, oczekując swojego przeznaczenia. Pomysłów było sporo. Miała być bluza dla K, pod kolor oprawek okularów. B miała otrzymać czerwoną niespodziankę. Potem obiecałam J krwistą wersję letniego “pipołka”. Pewnej nudnej, listopadowej soboty, wystawiłam ich wszystkich do wiatru i skroiłam z czerwieni nową sukienkę. Dla siebie. Kieckę do walki z wiatrakami chromofobii.

Jest trochę zagubiona, jeszcze nie wie, czy przypadł jej w udziale los zimowy czy letni. Nieświadomie wykorzystuje zamęt, jaki zapanował w żelaznych zasadach. W kalendarzu jesień więc powinien obowiązywać look brązowo-fioletowy w stylu boho/angielska wieś. Jednak to, co za oknem, sprawiło, że w szafie zainstalowały się już ziomalskie komplety czarno-białe. Nowa sukienka doskonale wyczuła moment. Szóstego grudnia, odważnie nawiązując do symboliki przerośniętego krasnala, od którego zwykliśmy wyczekiwać prezentów, postanowiła ujawnić się światu w roli Mikołajki:

Skoro jest Mikołaj biskupi, Mikołaj w krasnej szlafmycy z pomponem a nawet Zielony Mikołaj, oraz całe stada Mikołajek, roznegliżowanych jak Słoneczny Patrol, znajdzie się też miejsce dla Mikołajkowej Spedytorki. Mocno zmartwionej ilością prezentów, które trzeba posortować i dostarczyć w terminie. Które przesyłki są od prawdziwego Mikołaja? Na rampie pełno śniegu, sanki znowu spóźnione a renifery zalatują grzańcem galicyjskim tudzież Łącką. Klienci mało grzeczni, jakby nie zauważyli zimowej aury. Chyba nie wszyscy zasłużyli na podarek. Logistyczna centrala pęka w szwach a Mikołajkowa Spedytorka smuci się, bo w wielkiej zaspie prezentów nie ma jej imienia :-(

Tymczasem prawdziwy Mikołaj nie śpi jak niedźwiedź pod śniegiem, tylko szusuje po białych stokach z duchem czasu! W chwili, gdy Mikołajka ubolewa, nad swym zapomnianym losem, dociera do niej mail o treści “Otrzymałaś prezent z Księgarni eClicto”. Podpisane - Mikołaj. On nie traci czasu na przepychanie się przewodem wentylacyjnym, skoro współczesność oferuje mu światłowody. Nie zdaje się na wątpliwą terminowość firm spedycyjnych, jeśli może dostarczyć prezent jednym błyskawicznym kliknięciem. Niech żyje nowoczesność! Niech żyje Święty Mikołaj! Niech żyje czerwień!

środa, 17 marca 2010

Dziewczyna Motocyklisty

(ostatnia część marcowego Tryptyku Narzędziowo-Techniczno-Mechanicznego)

To było do przewidzenia. Motór, jak tylko zobaczył swoje nowe ubranko, zapragnął natychmiast pokazać się w nim na mieście. Na nic zdały się nasze tłumaczenia, że jeszcze zima trzyma. Uparł się! Że niemożliwe, aby w połowie marca jeszcze leżał śnieg. Że dosyć wegetacji w ciemnym garażu, pod nudnym, ciągle tym samym pokrowcem, dosyć dyskusji. On wyjeżdża.

Dopiero jak na własny reflektor zobaczył białą drogę i poczuł pod kołami lód, spuścił z obrotów. I jeszcze ta gęsia skórka na oponach... Wymruczał, że może on jednak jeszcze wróci pod swoje cieplutkie okrycie i zdrzemnie się troszkę. Przypomniał, że ma na wiosnę obiecane nowe sakwy, a może nawet gmole i bagażnik. Dlatego podpisał się obydwoma kołami pod hasłem akcji Wiosno napierdalaj


Postanowiłam towarzyszyć mu w tej przedwiosennej przebieżce, w odpowiednim ubiorze, rzecz jasna :-)
Skórzany strój (spokojnie, skóra sztuczna) został uszyty na potrzeby ostatniego Sylwestra. W połączeniu z łańcuchową biżuterią i szpilkami miał mnie przeobrazić w nieco autoironiczną wersję Dziewczyny Motocyklisty :-)

Kamizelka jest zapinana na gruby zamek błyskawiczny, który otacza całe brzegi kaptura. Nie mogło zabraknąć klubowego logo mojego Motocyklisty. Spodnie znienacka okazały się przydatne na co dzień. Sztuczna skóra jest elastyczna i dość wygodnie się ją nosi, choć można się w niej nieźle spocić. Taka przedwiosenna sauna wyszczuplająca ;-)

Nie tylko motór zerwał się przedwcześnie. Ta sesja fotograficzna kosztowała K sporo wysiłku, bo o tej porze zwykle tkwi w głębokim (zimowym) śnie. Dziękuję, K, za poświęcenie :-*
Fotka będzie mi przypominać, że Dziewczyną Motocyklisty nie bywa się od czasu do czasu, kiedy ciepło i wygodnie, lecz JEST się nią przez cały rok!

środa, 3 marca 2010

Księgowy Łastoczkin

Dziś jest Międzynarodowy Dzień Pisarzy. Czy blogger jest pisarzem? Chyba tak, a już z pewnością ma większe prawo do tego święta, niż np. pisarz wojskowy :-)
Taki księgowy to też właściwie pisarz, bo codziennie produkuje zestawy słów na potrzeby rożnych swoich księgowych (a chciałoby się rzec: księgarskich ;-)) Bardzo Ważnych Obowiązków.

A na dodatek, i w księgowości, i w pisarstwie pojawiają się elementy absolutnie niewytłumaczalne i zaskakująco zagadkowe. A wtedy i pisarz, i księgowy przecierają oczy ze zdumienia. Taki księgowy Łastoczkin, na przykład. Była umowa z wielkim zagranicznym artystą od czarnej magii? No była, musiała być spisana. A gdzie jest? Nie ma. I tu biedny Łastoczkin otwiera szeroko i bezradnie swoje ramiona, przyodziane w urzędową koszulę. Czary.

Może nie jest to akurat najważniejsze, ale jego służbowa rubaszka jest zaopatrzona w fachowe i praktyczne czarne zarękawki na gumce. (Proszę zobaczyć: "Мастер и Маргарита", odc. 5, około 35 minuty.) Takie ochraniacze są po prostu niezastąpione w pracy biurowej, więc nie mogłam się im - jako biuralistka - oprzeć. Cudowne połączenie bajronicznej formy i urzędowej schludności. Skleciłam więc naprędce, przedwczoraj, księgową koszulę z zarękawkami, na stałe wszytymi w rękawy.


A dlaczego pusta w środku? A czemuż to na miejscu Prochora Piotrowicza, Przewodniczącego Komisji Nadzoru Widowisk, siedział bezludny garnitur w prążki i pracowicie wypełniał papiery pustym mankietem? I jeszcze rugał niewinną niczemu, szlochającą Annę Ryszardownę, osobistą sekretarkę? Bo go diabli wzięli! Jak każdego kancelistę, prędzej, czy później ;-)

Zniknięcie z własnego przyodziewku to chyba i tak lepsze rozwiązanie. Bieganie po Twerskiej w samej bieliźnie (lub nawet bez), co przytrafiło się zachłannym na paryski glam, moskiewskim szafiarkom, po pokazie czarnej magii i jej, jakże wstydliwym, zdemaskowaniu, to dopiero gorsz(ąc)a sprawa.

Nie znam osoby, której przynajmniej raz w życiu nie dopadł sen, że znajdując się wśród ludzi, w centrum miasta, nagle konstatuje własną goliznę. Wyjątkowo dotkliwe doznanie. Pewnie Freud wymyśliłby coś maniakalnego na ten temat.
I ja nie raz borykałam się ze swoją nagością w onirycznym tramwaju, lecz to pikuś, w porównaniu z inną obsesją. Jako amatorska krawcowa, poznając od podszewki (sic!) wykrój, dobierając nici, guziki i składając te puzzle w strój, nieustannie boję się jednego.
Że pewnego pięknego dnia, w samym centrum miast i wsi, na skutek bliżej nieokreślonej Mocy, moje kreacje rozpadną się na części pierwsze! Wszystkie szwy puszczą, nici w magiczny sposób znikną a fragmenty stroju rozlecą się na wszystkie strony, pozostawiając właścicieli w zaskoczonym negliżu.

Może to skutek znajomości tematu? Człowiek napatrzy się na te papierowe nieodgadnione, tajemnicze kształty, rysuje, wycina, układa, znów wycina. Zestaw zajęć zaawansowanego przedszkolaka, a przecież dzieciństwo to freudowskie źródło wszystkich naszych manii :-) Na przykład wykrój księgowej koszuli - czyż nie wygląda jak jakiś przekombinowany test Rorschacha?


A może, po prostu, winna jest zbyt bujna wyobraźnia, połączona z lękiem o poziom osobistych zdolności? Może to cena, jaką musi zapłacić każdy, kto chce czynić coś twórczego? Strach pomyśleć, jakim fobiom trzeba się będzie poddać, aby osiągnąć poziom mistrzowski. Poeta Bezdomny ganiał po Moskwie w kalesonach i z obrazkiem świętego, przypiętym na klacie, domagając się pięciu motocykli z karabinami. Szalony? No, zamknęli go w domu wariatów. Ale jeśli to właśnie on jest duchowym ojcem alladynów i t-shirtów z nadrukiem?

Swoją drogą, nigdy nie myślałam, że Bułhakow tyle napisał o odzieży :-)
Co prawda, jako mężczyzna, posiada zupełnie inny punkt widzenia ("twoja sukienka przed czasem zdradza mi to, co mnie czeka być może jeszcze dziś", słowami innego mistrza). Mężczyzna podobno przygląda się damskim kreacjom z inżynierskim zacięciem, zastanawiając się nad sprawą nadrzędną: jak się z tego wyciąga kobietę? Bułhakow też dociera do tej kwestii. Dlatego Hella paraduje tylko w maleńkim fartuszku na biodrach i ulicą Twerską obywatelki truchtają w samych reformach. A Małgorzata zniewala swoim opętańczym śmiechem, latając na miotle nad Moskwą kompletnie nago...

Michaile Afanasjewiczu, pisarzu niezrównany, gdziekolwiek jesteś, z okazji Międzynarodowego Dnia Pisarza, składam ci hołd. Czegoś ty się napalił? Powtórzę za Maleńczukiem: też tego chcę ;-)

p.s. Małgorzata uszyła dla swojego Mistrza czapeczkę, wyhaftowaną złotą nitką.
Ja mam ambicję stworzenia pokrowca na motocyklowe klucze, dla K.
Fotka pojawi się, gdy tylko dzieło ujrzy światło dzienne :-)

czwartek, 25 lutego 2010

Parada Black&White

"Twój normalny dzień, zawsze blekenłaahaajt..."

Budzę się i wciąż zima trzyma. I dobrze, i o to chodzi. Mnie to nie martwi, bo przed ochłodzeniem nastroju, przed zamieciami wyboru i ślizgawicą decyzji chronią mnie me zasady.
Niech inni gimnastykują się porannie z doborem stroju, niech się głowią czy kolory grają. Niech kombinują z czym tu, do licha, połączyć najnowsze pasiaste dzianiny z sieciówki. Mnie od rana do wieczora, w duszy gra lekko zdarta płyta Black&White.

Czarno na białym, jin i jang, marchewka z groszkiem, Bonifacy i Filemon. Dwie skrajności. Przeciwieństwa, co się przyciągają. Najstarsza opozycja. Klasyka po prostu.
Wg CMYK-a biel to całkowity brak koloru a czerń to miks wszystkich barw. Mamy więc do czynienia z absolutna pustką, brakiem, próżnią z jednej strony oraz totalną pełnią, apogeum, zenitem z drugiej. No po prostu bajeczny punkt wyjścia do wszelkich filozoficzno-organiczno-astronomiczno-antropologicznych dywagacji...

Na szczęście naukowe dysputy zostawiam z boku, i ze szklanką do połowy czarną lub od połowy białą, proponuję zimową paradę strojów codziennych. Niektóre z nich mają już kilka ładnych lat, inne powstały w tym sezonie.


Spódniczka Pepiczka jest młodsza od swojej siostry sukienki o rok. Tak długo czekała resztka materiału, by w końcu kolejny numer Pisma zaproponował wykrój, który udało się wepchnąć w skromne ramy kilkunastocentymetrowych skrawków.


Gangsterskie Gacie (krótkie, idealne do zimowych butów)& Gorset z haftkami to zestaw prążkowany, dość wiekowy. Takie same gacie zmontowałam dla swojej Bratowej, ciekawe czy jeszcze w nich biega. No i B posiada plisowaną spódnicę i kamizelkę z tej samej tkaniny. Zebrałoby się niezłe kryminalne trio :-). Gorset przydaje się na golf, kiedy człowiek rozpaczliwie potrzebuje choć małego światełka oryginalności w tunelu ciemnej długiej zimy.


Tunika była kiedyś kreacją sylwestrową, z racji srebrzystych prążków. Wystąpiła solo, więc ilekroć wpadną mi w oko fotki z tamtej nocy, zastanawiam sie, gdzie, na Boga, zgubiłam spódnicę? Spokojnie, jako c-odzień pracowniczy dorzucam jej do pary jakieś portki.


A sukienka Jasna Góra jest produktem ubocznym. Najpierw pojawił się na świecie żakiet z marszczonymi rękawami, z pieknej i miękkiej czarnosrebrzystej materii, jak połysk śniegu w księżycową jasną noc. Ponieważ tkanina prawdopodobnie rozmnożyła się cudownie podczas kroju, starczyło na cudaczną kieckę - tubę, całkowicie własnego pomysłu, pierwotnie bez ramion. Wygladała nawet podejrzanie dobrze, jednak nie mogłam się oprzeć nieustannemu podciąganiu jej pod pachami, na biuście i w ogóle w kółko... W końcu porzuciłam ten wstydliwy nałóg i wszyłam w nią górną część białej bawełnianej koszulki.


Biała Koszula Kryza początkowo miała być niesłychanie prosta, ascetyczna nawet. Ale poniosło mnie i przysporzyłam jej zmarszczek tu i tam. Po wyprasowaniu i odzianiu się jednorazowo - na Wigilię - porzuciłam ją wstydliwie w zaułku szafy. Wada - zbyt elegancka. To koszula nosiła mnie. Po jakimś czasie, pod wpływem chwilowego natchnienia, postanowiłam nie prasować tej damy i odtąd się zaprzyjaźniłyśmy.


Kiedyś gdzieś wyczytałam, że każden zodiakalny wodnik, jak założy białą koszulę i czarne spodnie to myśli, że jest najmodniejszy na świecie.
I wiecie co? Tak właśnie jest!

środa, 17 lutego 2010

Narodziny Gwiazdy

Na początku było... futerko ;-)
Anielska biel i niebiański puch. Metr edenu. Przytuliłam twarz i oddałam się rojeniom o rajskich rejonach. Prezent urodzinowy od T.

Pierwszego dnia tylko patrzyłam. Na mięciutkiej powierzchni oparł się promień słońca i nastała światłość.
Drugiego dnia futrzane niebo powoli oddzielało się od reszty świata, wyłaniając w mojej głowie bardzo mgliste i nieokreślone kształty.
Trzeci dzień spędziłam na otulaniu się swoim prywatnym rajem na różne sposoby, a nowe projekty wynurzały się ze zwojów mózgowych jak kontynenty z odmętów mórz.
Czwartego dnia na firmamencie mechatego świata pojawiła się supernowa Nowego Projektu i eksplodowała entuzjazmem.
Piąty dzień upłynął na gorączkowym powoływaniu do życia kolejnych pomysłów, rozwiązań i wariantów kroju.
Szóstego dnia narodziła się Gwiazda.

Nie obyło się - jak zawsze w takich przypadkach - bez bólu. Bolały plecy (od pochylania się nad wykrojem), palce (odciski i pęcherze od ciężkich nożyczek), oczy łzawiły (od unoszących się wszędzie futrzastych kłaczków) a w gardle rósł wielki kosmaty krzyk&krzak.

I wiedziałam, że to było dobre. Ja - Kreator ;-)


Powstało delikatne maleńkie futerko, z krótkim raglanowym rękawkiem. Zapinane na jedną metalową zapinkę, pod szyją. Króciutka stójka. Przykrótkie, bolerkowate. Lśniąca podszeweczka. Zdrobnienia same wciskają się pod palce.

Scena z filmu "Śniadanie u Tiffany'ego". Eteryczna, subtelna Audrey Hepburn stoi na ulicy przed witryną słynnego jubilera i zajada drożdżówkę z papierowej torby. Jest zwyczajną nowojorską dziewczyną, lecz ma na sobie wieczorową czarną sukienkę, długie rękawiczki i ciemne okulary. Wygląda jak gwiazda. Kiedy zakładam moje nowe futerko, czuję się jak ona.

A skoro jesteśmy w hollywoodzkich klimatach, proponuję filmowy zwrot akcji. Niczym mięciutki, bielutki królik z kapelusza, wyskakuje... bliźniak głównego bohatera.


Pełne zaskoczenie? Jak dla Lorda Dartha Wadera wieść, że Luke Skywalker ma bliźniaczą siostrę? Przypominam, że numer z pojawiającym się znienacka bliźniaczym rodzeństwem, to - obok amnezji i nieznanego potomstwa - kamień milowy w rozwoju telewizyjnych produkcji. Znaczy się, dbam o dramaturgię :-)

Medialny świat to w ogóle taki Twin Peaks, roi się od bliźniąt. Księżyc kradną, zamieniają się rodzicami, zakładają Rzym, grają w telenowelach, na trąbkach... Paradoksalnie, odzieżowy bliźniak, czyli dwa sweterki w tym samym kolorze, noszone razem, najmniej są do siebie podobne.

Ten mój kosmaty bliźniak jest trochę większy od starszego brata, ale to wśród bliźniąt się zdarza. Arnold Schwarzenegger i Danny De Vito też raz byli bliźniakami.
Trafił do rąk Gosi, jako prezent urodzinowy. Kiedy go zakładała stojąc przed wielkim lustrem, jak przed witryną znanego jubilera, w jej oczach pojawił się blask.

TWINkle, TWINkle little star ;-)

niedziela, 14 lutego 2010

Lady in Red

Pierwsze koty za płoty :-)
Postanowiłam zadebiutować sukienką, która totalnie gryzie się z żelaznymi zasadami kolorystycznymi, jakie ponoć wyznaję.

Od dawna łaziła za mną czerwona kiecka. Znaczy, coś we mnie miauczało, że chce takąż mieć. Znienacka weszłam w posiadanie odpowiedniej materii, więc na co czekać? Zwłaszcza, że los wyznaczył nam Wielkie Rodzinne Spotkanie w ten łikend, w dodatku obarczony walentynkową niedzielą. Nie żebym od razu obchodziła Valentine`s Day, ale argument sam wepchał się w ręce.

Kilka tygodni temu dostałam od mamy K wielki bonusowy zestaw tkaninowy. (W pakiecie ten właśnie kawałek, w sam raz na czerwony dywan dla VIP-ów.) Niektóre z kuponów czekają na swoją predestynację już ładnych parę lat...
Na przykład śliczne białe płótno w drobne granatowe paski. Już oczyma duszy mojej widziałam się w letnim marynarskim zestawie, kiedy mama K zaznaczyła, że ów żeglarski format był przeznaczony na koszulkę dla K. Było to doprawdy w poprzednim stuleciu, ale po takim exposé cóż innego może uczynić Dobra Synowa, jak nie zmontować przy najbliższej okazji koszuliny dla patentowanego skippera?

W ogóle z posiadaniem surowych metrów do obróbki wiąże się spory stres. Jak ich nie ma - jest jakaś pustka i strach, obijam się po domu bezproduktywnie jak waltornia na koncercie fortepianowym. Jak jest sporo - znowu panika, że nie dam rady, że kiedy ja to wszytko skroję i w sumie po co mi to było. Poziom natchnienia jest, oczywiście, odwrotnie proporcjonalny do ilości metrów bieżących. Wena buzuje w górnych rejestrach tuż przed wypłatą, przy pustym żłobie, kiedy mogę sobie najwyżej pozszywać kartki w segregatorach.

A wracając do sukienki - poszłam na łatwiznę, bo primo, ten projekt już kiedyś rozkminiałam dla B (Chmurny Błękit z Dodatkiem Lila)a drugie primo - jakoś zbyt gładko mi poszło i po zeszyciu wszystkich elementów zostało mi na stole kilka bezpańskich kawałków paska...
Zaraz jednak przypomniałam sobie casus K, który we wczesnej młodości szczycił się posiadaniem samochodu marki Syrena 104, obiektu zazdrości w renomowanym liceum. Otóż syrena jeździła jak złoto, ale wymagała co 200 km przebieżki (bo przecież nie przebiegu ) kapitalnego remontu silnika. Po każdej takiej czynności, w usmarowanych rękach K pozostawało kilka niezobowiązujących części, które nie załapały się na montaż. A samochód pomykał bez nich równie elegancko, ze swoistym pogłosem, co przed remontem. Zatem, tak na wszelki wypadek, luźne elementy podróżowały w bagażniku.
Moje nieprzystające fragmenty dyskretnie zagarnęłam do kosza. Bez nich kiecka też pięknie wibruje i wiruje. A o to chodzi, no nie?


p.s. Uczcijmy minutą ciszy geniusza, który wymyślił szpilki. Gdzieżbym była, gdyby nie ci maleńcy metalowi pomocnicy? Składam im hołd.
p.s. II No, może zapomnijmy o tych niepokornych, którzy gubią się w dywanie i włazi w nie K, i troszkę narzeka...