Tymi słowami zwraca się do mnie J, ilekroć moje nowe wdzianko wzbudza jej zainteresowanie. Odzywka może oznaczać, że ciuch jest wyjątkowo:
* kiczowaty
* wyrafinowany
* szykowny
* tandetny
Albo wszystko naraz.
Nadal nie wiem, czy jest to komplement, czy obelga. Trzeba zatem wywołać wilka z lasu. Śmiało stawić czoła twórczym inwektywom J, prowokując je świeżo wydziwaczoną kreacją.
Materiał nie wypadł sroce spod ogona - pochodzi ze spontanicznych, kratkowanych zakupów T, w wyniku których stała się posiadaczką ekscentrycznej Lady Peleryny. Do kompletu musiało powstać coś bzikowatego. Jakieś okrycie z pogranicza sztuki i kiczu, ze skrzyżowania cyrku, sportu i kabaretu. Główkowałam całą jesień. Aż nadeszło olśnienie, najprostsze rozwiązanie, co czaiło się od samego początku. Holiday on ice, oczywiście. Łyżwiarstwo figurowe!
Niech mi kto pokaże bardziej cudaczną dyscyplinę. Czy to jeszcze sport, czy już może teatr albo rewia? Żeby było jasne - mnie ta dziwaczność akurat nigdy nie przeszkadzała. Miałam, swego czasu, nagrane na kasetach wideo, pokazy z trzech kolejnych olimpiad. Jeden Brian Orser, drugi Boitano, Wiktor Petrenko, Philippe Candeloro, Klimowa i Ponomarienko, Maria Butyrska, Gordiejewa i Grinkow, Surya Bonaly, rodzeństwo Duchesnay... Mogłabym tak długo. Wspominam ich z rozrzewnieniem, jak starych znajomych, z którymi zerwał się kontakt. Spełniali moje marzenia.
Na razie, z braku czasu, kariera na lodzie nie jest mi pisana. Może później, to przeskoczę od razu do zawodowców. No i muszę sprawić sobie łyżwy.Te, w których onegdaj pomykałam po miejskich ślizgawkach (kiedy dotyczył mnie jeszcze obowiązek szkolny oraz prawo do zimowych holiday on ice), zaginęły w odmętach czasu. Tymczasem postanowiłam zainwestować w odpowiedni kostium, w którym będę mogła spokojnie budować formę.
Żadnych tiuli, cekinów, pończoch na ramionach i białych majtek na wierzchu, umówmy się, że nie o ten rodzaj doznań wizualnych chodzi. Raczej o wygodny, elegancki strój sportowy, który pozwoli mi przeskoczyć etap nauki, ominąć fazę mistrzowowską i od razu wkręcić pirueta do kabaretu. W którym mogłabym sunąć bez kompleksów obok Kurta Browninga.
Z powagą i kpiną, dystyngowanie i frywolnie. Z dziką frajdą.
Wygłup? Tak, ale z klasą. Ten facet był cztery razy mistrzem świata!
Kombinezon Holiday on Ice, z czerwoną podszewką i osobnymi mankietami, spełnił wszystkie moje wymagania. Co prawda, w trakcie debiutu towarzyskiego, okazało się, że nie jestem w stanie korzystać samodzielnie z łazienki. Zamek z tyłu, długi od szyi po tyłek. Uratowała mnie pomysłowość K. Suwak został zaopatrzony w smyczkę, jak rasowy kostium płetwonurka czy innego sportsmena. Czerwoną, z napisem 100 LAT WISŁY KRAKÓW. Niech żyje sport!
Tylko, nie wiedzieć czemu, na widok nowego wdzianka, J nie wypaliła swojej sztandarowej maksymy. Nic nie powiedziała. Czyżby ją zatkało? To prawie niemożliwe. Chyba, że naprawdę przekroczyłam wszelkie dopuszczalne normy. Zatem udało się, do zobaczenia na lodzie :-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kratka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kratka. Pokaż wszystkie posty
środa, 26 stycznia 2011
niedziela, 7 listopada 2010
Domek na prerii
Jak pięknie, jak uroczo. Na szerokiej prerii, bez halnego, co szarpie oknami/ nerwami. Zbiegać zieloniutką łąką, zamiast brnąć w deszczu po ciemku z pracy/do pracy. Na chwilę dziewczęciem z warkoczami być, w sukience z falbanką.
Tylko jedna pozycja z tego koncertu życzeń nadaje się do realizacji. Sobotnie przedpołudnie spędziłam więc przy maszynie do szycia, kreując kowbojsko-pionierską kieckę na wieczór ze znajomymi. Z radością. Dawno się nie widzieliśmy, bo nie ma czasu na spotkania. Z nadzieją na kolejne “wejście” w nowej sukience.
A kiedy już suknia była gotowa i zaprezentowała się w lustrze tak jak lubię - troszkę zabawnie i nieco zadziornie - zostawiłam ją w domu. Dlaczego? Może postanowiłam utrzeć nosa własnej próżności, albo uznałam, że we wspólnym wieczorze z dawno nie widzianym towarzystwem chodzi o coś innego, niż nową kreację do pochlebiania. Poza tym, w końcu po to mam bloga, aby na nim chwalić się nowymi szmatkami*. Zatem pora na debiut Kowbojki z domku na prerii ;-)
Pozwoliłam się dokleić do tej rodzinnej idylli mojemu genialnemu grafikowi. Nie tylko dlatego, że kiecka jak z piknikowego obrusa, świetnie tam pasuje. Ma odpowiednią ilość falban i marszczeń i kowbojską kratkę. Może długość lekko nieprzyzwoita, ale za to mobilizująca. W tej sukience nie wolno się poddawać, bo - jak słusznie zauważyła J - kiedy podniesie się ręce do góry, widać nie tylko domek, ale i całą prerię :-)Ten śmieszny, infantylny obrazek szczęśliwej rodzinki z Dzikiego Zachodu jest też teraz jakąś alegorią, marzeniem. Powiadają, że z rodziną najlepiej na zdjęciu... Ostatnio przestałam to rozumieć. Egzystencje w jesiennych ciemnościach snują się raczej samotnie. Znajomych, przyjaciół i rodzinę widuje się od wielkiego dzwonu świąt tudzież imienin.
W dodatku, znów ktoś ukradł godzinę i trzeba naciągać wieczorne działania jak za krótką kołdrę. A i tak zawsze coś wystaje. Czas - oto najbardziej pożądany prezent od losu. Aby starczyło go na więcej, niż pokorną wegetację. Na kawę ze znajomą, obiad u rodziców, zabawę z dzieckiem/kotem/facetem.
Albo na hand made. Na preriowej fotce, jest jeszcze jedna ręczna robótka. Bukiecik jesiennych kwiatów. Tym cenniejszy, że zrobiła go T. Tam do licha z kieckami, wyprodukować takie cudeńko z zasuszonych liści, to jest dopiero majstersztyk “zrób to sam”! Może namówić ją na bloga?

* słówko od Hani:
ha! nie dodałaś, że preriowa sukienka doczekała się prezentacji w gronie krewnych i znajomych królika:-)
Bardzo słuszna uwaga - urodzinowa imprezka Prezeski to jedno z nielicznych światełek w tunelu paskudnej, plugawej, listopadowej chandry. Proszę więcej!
niedziela, 24 października 2010
Jesienny Pan
Choć nie wiem, kto to jest,
I nie wiem, skąd go znam,
Czasem spotyka mnie
Jesienny śmieszny pan.
Parasol wielki ma
I zmartwień trochę też.
Przez pusty idzie park
W czerwony liści deszcz.
No dobrze, ale co dalej? Przecież Pan Jesienny nie pomyka tym parkiem w samym tylko parasolu? Musi mieć jakiś strój, trzeba go w coś ubrać. Może w koszulę w kratkę i sztruksowe wdzianko z wełnianymi rękawami? Albo lepiej w pasiastą bluzę na zamek i skórzaną kurtkę?
Jesienny lubi oryginalność, więc chyba ceni sobie tę manufakturę, która od kilku dobrych lat zadomowiła się w jego szafie. Bo chyba nie muszę dodawać, że wszystko, co przymierza Jesienny, sama mu uszyłam. Prawie wszystko, zgodnie z zasadami.
Jak przystało na rasową, ubierankową postać, Jesienny zachował pełen profesjonalizm: idealnie identyczną, nonszalancką postawę i minę zawodowego modela. No, może na koniec trochę się wymknął spod kontroli :-)
I proszę nie klikać uporczywie! Nic więcej nie da się z niego ściągnąć ;-)))
Musiałabym oznaczyć bloga jako "tylko dla dorosłych". I to też, zapewne, by nie pomogło, bo wśród metrykowych dorosłych pałęta się mnóstwo dzieciarni, skłonnej do niegrzecznej zabawy ze śmiesznym Jesiennym. Dlatego moja ubieranka nie daje szans na interakcję ;-P
Tutaj można sobie ubrać własnego Jesiennego Pana, w dowolnej wersji.
A wtedy spotkam go
I pójdę z nim przez park,
On będzie blisko tak
Mych rąk, mych warg.
Gdy świat pożółknie znów
I biała wzejdzie mgła,
Będziemy razem szli:
Jesienny pan i ja.
p.s.
K, do tej pory byłeś blogowym współtwórcą, a teraz awansowałeś na Kreatora!
W tej zabawie moja rola ograniczyła się do pomysłu i poprawiania kołnierzyka. Wielkie dzięki :-*
Swoją drogą, jestem odrobinę zaskoczona tym, że K nie zdecydował się na zmianę spodni :-)
Jak każdy szanujący się mężczyzna, (począwszy od mojego Ojca a skończywszy na Cher) K uważa, że ma bardzo zgrabne nogi ;-)
I nie wiem, skąd go znam,
Czasem spotyka mnie
Jesienny śmieszny pan.
Parasol wielki ma
I zmartwień trochę też.
Przez pusty idzie park
W czerwony liści deszcz.
No dobrze, ale co dalej? Przecież Pan Jesienny nie pomyka tym parkiem w samym tylko parasolu? Musi mieć jakiś strój, trzeba go w coś ubrać. Może w koszulę w kratkę i sztruksowe wdzianko z wełnianymi rękawami? Albo lepiej w pasiastą bluzę na zamek i skórzaną kurtkę?
Jesienny lubi oryginalność, więc chyba ceni sobie tę manufakturę, która od kilku dobrych lat zadomowiła się w jego szafie. Bo chyba nie muszę dodawać, że wszystko, co przymierza Jesienny, sama mu uszyłam. Prawie wszystko, zgodnie z zasadami.
Jak przystało na rasową, ubierankową postać, Jesienny zachował pełen profesjonalizm: idealnie identyczną, nonszalancką postawę i minę zawodowego modela. No, może na koniec trochę się wymknął spod kontroli :-)
I proszę nie klikać uporczywie! Nic więcej nie da się z niego ściągnąć ;-)))
Musiałabym oznaczyć bloga jako "tylko dla dorosłych". I to też, zapewne, by nie pomogło, bo wśród metrykowych dorosłych pałęta się mnóstwo dzieciarni, skłonnej do niegrzecznej zabawy ze śmiesznym Jesiennym. Dlatego moja ubieranka nie daje szans na interakcję ;-P
Tutaj można sobie ubrać własnego Jesiennego Pana, w dowolnej wersji.
A wtedy spotkam go
I pójdę z nim przez park,
On będzie blisko tak
Mych rąk, mych warg.
Gdy świat pożółknie znów
I biała wzejdzie mgła,
Będziemy razem szli:
Jesienny pan i ja.
p.s.
K, do tej pory byłeś blogowym współtwórcą, a teraz awansowałeś na Kreatora!
W tej zabawie moja rola ograniczyła się do pomysłu i poprawiania kołnierzyka. Wielkie dzięki :-*
Swoją drogą, jestem odrobinę zaskoczona tym, że K nie zdecydował się na zmianę spodni :-)
Jak każdy szanujący się mężczyzna, (począwszy od mojego Ojca a skończywszy na Cher) K uważa, że ma bardzo zgrabne nogi ;-)
wtorek, 19 października 2010
Zagadkowa Kratka
T kupiła kawałek wełny w kratkę. Ot... tak, bez wielkich planów. Był, to kupiła. Cała T. Na mnie spadła odpowiedzialność za wykoncypowanie stroju. Może kolejny żakiecik-nieśmiertelnik? O nie! Ile ich tam się w szafie chowa? Bez kozery powiem - pincet. To może - innowacyjnie - sukienka. Eee, odpada. Za tydzień T zażąda przecięcia sukienki w połowie, bo tak wygodniej. Nie, tu trzeba obmyślić zbrodnię doskonałą. Uszyć jej coś nieoczekiwanego, coś kompletnie zaskakującego, zagadkowego... Tylko co?
Kratka jest w granatowo-zielono-czarnej tonacji z czerwonymi akcentami. Patrzy z wyższością. Wypisz, wymaluj, królowa angielska. Może to jest trop, który doprowadzi do rozwiązania zagadki kratki. Ekstrawagancko. Honi soit qui mal y pense. To musi być coś z lekka cudacznego, co z dumą założyłby Sherlock Holmes, Mary Poppins i John Cleese. Na niepogody i dla wygody. No i w miarę uniwersalne, bo przymiarki nie wchodzą w grę. Trwa śledztwo w sprawie kratki po brytyjsku. Znaki szczególne poszukiwanej - dandysowata, dowcipna i dziwaczna.
“Nasz strój zmienia nasze spojrzenie na świat, a także spojrzenie innych na nas”. Tako rzecze Virginia Woolf. Od tygodnia prowadzimy z B (moją guru do spraw mody) skajpowo-telefoniczną dysputę na ten temat. Gdzie jest granica między wyrafinowaniem a śmiesznością? Co sprawia, że oryginalny ciuch zostaje uznany w oczach świata za zarąbisty, trendy, jazzy i w ogóle mega wow? A równie dobrze, mógłby robić za nowe szaty cesarza, obiekt kpin i drwin...
Odpowiedź podsunęła B, przymierzając figlarny, filcowy kapelutek z wełnianym kwiatkiem z boku. Na niejednej głowie wyglądałby dziwnie. Jak przebranie karnawałowe. B wygląda w nim ekscentrycznie uroczo, jakby przeniesiona z lat dwudziestych XX wieku. Dlaczego? Może z powodu wielkiego uśmiechu, może na skutek błysku w oczach. Czegoś, czego nie da się ująć w słowach. Trzeba to wytropić w lustrze :-)
Mam dla Ciebie, T, niespodziankowy strój. Przymierzyłam na chwilkę, aby Ci zaprezentować jego walory. Oto brytyjska do bólu PELERYNA. Twoje poczucie humoru sprawi, że będziesz ją nosić z wdziękiem, a kobiety będą się za Tobą oglądać z podziwem. Nadaje się i na spacer po Baker Street, i na wywiad z wampirem, i herbatkę u królowej. Oraz do pracy w Ministerstwie Głupich Kroków. Jutro peleryna powinna pojawić się na Twoim pracowniczym biurku, jako koronny dowód kolejnej zbrodni na krawiectwie. Przyjemnego noszenia, T.

p.s.
Wpis dedykuję, z radością, Gołej Babie, za jej dziecięcy entuzjazm dla mojej tfu...rczości. Jako świeżo upieczony detektyw domniemywam, że chodzi jej o część literacką, ponieważ nigdy jej nic nie uszyłam. To zresztą byłoby zupełnie niepotrzebne, bo Goła Baba - jak sama nazwa wskazuje - świetnie obywa się bez ciuchów. Całus.
Kratka jest w granatowo-zielono-czarnej tonacji z czerwonymi akcentami. Patrzy z wyższością. Wypisz, wymaluj, królowa angielska. Może to jest trop, który doprowadzi do rozwiązania zagadki kratki. Ekstrawagancko. Honi soit qui mal y pense. To musi być coś z lekka cudacznego, co z dumą założyłby Sherlock Holmes, Mary Poppins i John Cleese. Na niepogody i dla wygody. No i w miarę uniwersalne, bo przymiarki nie wchodzą w grę. Trwa śledztwo w sprawie kratki po brytyjsku. Znaki szczególne poszukiwanej - dandysowata, dowcipna i dziwaczna.
“Nasz strój zmienia nasze spojrzenie na świat, a także spojrzenie innych na nas”. Tako rzecze Virginia Woolf. Od tygodnia prowadzimy z B (moją guru do spraw mody) skajpowo-telefoniczną dysputę na ten temat. Gdzie jest granica między wyrafinowaniem a śmiesznością? Co sprawia, że oryginalny ciuch zostaje uznany w oczach świata za zarąbisty, trendy, jazzy i w ogóle mega wow? A równie dobrze, mógłby robić za nowe szaty cesarza, obiekt kpin i drwin...Odpowiedź podsunęła B, przymierzając figlarny, filcowy kapelutek z wełnianym kwiatkiem z boku. Na niejednej głowie wyglądałby dziwnie. Jak przebranie karnawałowe. B wygląda w nim ekscentrycznie uroczo, jakby przeniesiona z lat dwudziestych XX wieku. Dlaczego? Może z powodu wielkiego uśmiechu, może na skutek błysku w oczach. Czegoś, czego nie da się ująć w słowach. Trzeba to wytropić w lustrze :-)
Mam dla Ciebie, T, niespodziankowy strój. Przymierzyłam na chwilkę, aby Ci zaprezentować jego walory. Oto brytyjska do bólu PELERYNA. Twoje poczucie humoru sprawi, że będziesz ją nosić z wdziękiem, a kobiety będą się za Tobą oglądać z podziwem. Nadaje się i na spacer po Baker Street, i na wywiad z wampirem, i herbatkę u królowej. Oraz do pracy w Ministerstwie Głupich Kroków. Jutro peleryna powinna pojawić się na Twoim pracowniczym biurku, jako koronny dowód kolejnej zbrodni na krawiectwie. Przyjemnego noszenia, T.

p.s.
Wpis dedykuję, z radością, Gołej Babie, za jej dziecięcy entuzjazm dla mojej tfu...rczości. Jako świeżo upieczony detektyw domniemywam, że chodzi jej o część literacką, ponieważ nigdy jej nic nie uszyłam. To zresztą byłoby zupełnie niepotrzebne, bo Goła Baba - jak sama nazwa wskazuje - świetnie obywa się bez ciuchów. Całus.
wtorek, 27 kwietnia 2010
Zielono mi
A kiedyś, podobno, ludziom za jedyny przyodziewek służył figowy liść ;-)
W naszym klimacie byłoby dość trudno utrzymać ten trend. Przez pół roku trzeba by korzystać z zapasów bielizny z lodówki:-) No i ten chłód w listopadowy wieczór. Brr... Całe szczęście, że każda moda w końcu mija.
Jednak, jak się wiosna wokół panoszy, łatwo zrozumieć ten pęd do ubierania się zielenią. Kiedy wszystkie rośliny przypominają sobie, że można się nieźle przystroić w liście. A drzewa, te wielkie, poważne, florystyczne persony, jak pannice z gimnazjum, zakwitają na różowo i biało. Głowę daję, że wiosną nawet Ewa Edeńska, oprócz stylowego listka, obnosiła hawajskie naszyjniki i kwiaty we włosach. A w taką kreację z liścia dałabym się ubrać z rozkoszą...

Koniec z porannym ponuractwem przed lustrem. Dosyć krytycznych osądów na temat własnej bladości, włosów bez połysku i steranej zimowej garderoby. Wiosna obudzi blask w oczach, uniesie fryzury, wyprostuje plecy. Niech klasyczne "Wyglądam jak strach na wróble" zamieni się w wielki komplement. Bo w kwietniowej oprawie nawet strach na wróble wygląda romantycznie, subtelnie i z klasą. Wiosną być strachem na wróble to nawet honor i zaszczyt. Stać na straży młodziutkich zielonych stworzeń :-)
Zatem ruszajmy między krzaki!
Najpierw, pośród bezkresnej szarzyzny, wyłaniają się nieśmiałe pędy. Tak młode, że nawet jeszcze nie nabyły właściwego koloru, oscylując między oseskową żółcią a szczypiorowatą zielonością. Dokładnie takie, jak drobne elementy kratki na szarej Plisowance:

Z dnia na dzień ożywają najbardziej egzaltowane i niecierpliwe magnolie. Jeszcze liścia nie wypuszczą, a już toną w olbrzymich kwiatach. Oda do piękna, pozbawionego zbędnych dodatków. Zestaw Magnoliowaty miał symbolizować tę prostotę. Pomysł zakładał szerokie spodnie z maksymalnie podwyższonym stanem - w roli pnia - i małą bluzeczkę z żorżety, obsadzoną jako kwiat. Ale stchórzyłam i wykombinowałam zestaw symulacyjny. Bluzka dłuższa a spodnie do talii. Razem dają efekt zbliżony do zamierzonego, jednak o niebo praktyczniejszy w użytkowaniu codziennym niż portki po pachy.

A potem rozkręca się karuzela. Kolejne rośliny włączają się do gry w zielone. Wszystkie liście są świeże, jeszcze wolne od miejskiego kurzu. Połyskują rosą. Ten połysk przyciągnął mnie do pistacjowego materiału w kwiaty. Troszkę brokatu. Jak poranny szron na trawie. Jak blask wąskich listków wierzby na wietrze. Forma musiała być prosta. Nawet guziki okazały się niepotrzebne. Wyrosło z tego Związane Wdzianko, bardzo wiosenne i dziewczęce.

Kwiecień kwitnie dalej, mocniej, dłużej. Nadciąga maj a wiadomo - w maju jak w gaju (raju?). Teraz dopiero dopadnie nas apogeum płatków, pręcików, pyłków, kolorów, kształtów i tekstur. I wszystkie odmiany zielonego. Orgia od marengo, mięty i jaśminu, przez groszki, seledyn i grynszpan po oliwki, szmaragd i malachit. Dysząca, gorąca zieleń. Prawdziwy busz, albo wersja dla mieszczuchów ;-)

W ramach zielonego orgazmu serwuję rozbuchaną Limonkową Falbaniastą. Trzy zmarszczone warstwy bawełny z koronką. Zrobiła takie wrażenie wśród rodzimych kobiet, że wyprodukowałam jeszcze kilka wersji - dla T, dla Basi i dla Magdy.
Towarzystwa napalonej kiecce dotrzymuje dżersejowa Dżungla. Materiału było tyle, że jeszcze T załapała się na podzwrotnikową kreację. Znów prosta forma, bo przy takich wzorach kombinowanie z wykrojem to grzech pierworodny. Tylko marszczenie pod biustem i portfelowa góra.
I dusza robi się gorąca i wilgotna jak las tropikalny, jak ogród edeński. Zielono mi!
W naszym klimacie byłoby dość trudno utrzymać ten trend. Przez pół roku trzeba by korzystać z zapasów bielizny z lodówki:-) No i ten chłód w listopadowy wieczór. Brr... Całe szczęście, że każda moda w końcu mija.
Jednak, jak się wiosna wokół panoszy, łatwo zrozumieć ten pęd do ubierania się zielenią. Kiedy wszystkie rośliny przypominają sobie, że można się nieźle przystroić w liście. A drzewa, te wielkie, poważne, florystyczne persony, jak pannice z gimnazjum, zakwitają na różowo i biało. Głowę daję, że wiosną nawet Ewa Edeńska, oprócz stylowego listka, obnosiła hawajskie naszyjniki i kwiaty we włosach. A w taką kreację z liścia dałabym się ubrać z rozkoszą...

Koniec z porannym ponuractwem przed lustrem. Dosyć krytycznych osądów na temat własnej bladości, włosów bez połysku i steranej zimowej garderoby. Wiosna obudzi blask w oczach, uniesie fryzury, wyprostuje plecy. Niech klasyczne "Wyglądam jak strach na wróble" zamieni się w wielki komplement. Bo w kwietniowej oprawie nawet strach na wróble wygląda romantycznie, subtelnie i z klasą. Wiosną być strachem na wróble to nawet honor i zaszczyt. Stać na straży młodziutkich zielonych stworzeń :-)
Zatem ruszajmy między krzaki!
Najpierw, pośród bezkresnej szarzyzny, wyłaniają się nieśmiałe pędy. Tak młode, że nawet jeszcze nie nabyły właściwego koloru, oscylując między oseskową żółcią a szczypiorowatą zielonością. Dokładnie takie, jak drobne elementy kratki na szarej Plisowance:

Z dnia na dzień ożywają najbardziej egzaltowane i niecierpliwe magnolie. Jeszcze liścia nie wypuszczą, a już toną w olbrzymich kwiatach. Oda do piękna, pozbawionego zbędnych dodatków. Zestaw Magnoliowaty miał symbolizować tę prostotę. Pomysł zakładał szerokie spodnie z maksymalnie podwyższonym stanem - w roli pnia - i małą bluzeczkę z żorżety, obsadzoną jako kwiat. Ale stchórzyłam i wykombinowałam zestaw symulacyjny. Bluzka dłuższa a spodnie do talii. Razem dają efekt zbliżony do zamierzonego, jednak o niebo praktyczniejszy w użytkowaniu codziennym niż portki po pachy.

A potem rozkręca się karuzela. Kolejne rośliny włączają się do gry w zielone. Wszystkie liście są świeże, jeszcze wolne od miejskiego kurzu. Połyskują rosą. Ten połysk przyciągnął mnie do pistacjowego materiału w kwiaty. Troszkę brokatu. Jak poranny szron na trawie. Jak blask wąskich listków wierzby na wietrze. Forma musiała być prosta. Nawet guziki okazały się niepotrzebne. Wyrosło z tego Związane Wdzianko, bardzo wiosenne i dziewczęce.

Kwiecień kwitnie dalej, mocniej, dłużej. Nadciąga maj a wiadomo - w maju jak w gaju (raju?). Teraz dopiero dopadnie nas apogeum płatków, pręcików, pyłków, kolorów, kształtów i tekstur. I wszystkie odmiany zielonego. Orgia od marengo, mięty i jaśminu, przez groszki, seledyn i grynszpan po oliwki, szmaragd i malachit. Dysząca, gorąca zieleń. Prawdziwy busz, albo wersja dla mieszczuchów ;-)

W ramach zielonego orgazmu serwuję rozbuchaną Limonkową Falbaniastą. Trzy zmarszczone warstwy bawełny z koronką. Zrobiła takie wrażenie wśród rodzimych kobiet, że wyprodukowałam jeszcze kilka wersji - dla T, dla Basi i dla Magdy.
Towarzystwa napalonej kiecce dotrzymuje dżersejowa Dżungla. Materiału było tyle, że jeszcze T załapała się na podzwrotnikową kreację. Znów prosta forma, bo przy takich wzorach kombinowanie z wykrojem to grzech pierworodny. Tylko marszczenie pod biustem i portfelowa góra.
I dusza robi się gorąca i wilgotna jak las tropikalny, jak ogród edeński. Zielono mi!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
