Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Galeria_B. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Galeria_B. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 11 października 2010
środa, 15 września 2010
Galeria_B. Babie Lato

Nie, nie wysłałam B żywcem do nieba. To fotomontaż. Może i spadło na nią kilka komplementów na łamach blogowych, ale aniołkiem to ona nie jest. O NIE ;-)
Dlaczego zatem buja w obłokach?
Zaczęło się od jej wybujałych wymagań. U progu zeszłego lata B oświadczyła, że życzy sobie elegancką sukienkę w kolorze “chmurny błękit z dodatkiem lila”. Jakim? Co się nachodziłam w poszukiwaniu takiej materii! I nawet kiedy znalazłam niezwykle elegancki, kosztowny, bielastyczny dżersej o wyrafinowanym, matowym połysku i mięsistej strukturze, nie byłam pewna, czy trafiłam z kolorem. A pokażcie mi faceta, który wie, co B miała na myśli!!!
W kolejnej odsłonie tej historii, B wskazała palcem konkretny model, na konkretnej stronie Pisma. Szykowną kreację z luźną, kimonową górą; portfelową, rozkloszowaną spódnicą i szerokim, wiązanym paskiem. Tu przymarszczona, tam mocno wycięta. Kwintesencja kobiecości. W tańcu rozwiana, łagodnie opływająca. Tyle teorii.
Tkanina okazała się niezmiernie wymagająca, niemal tak, jak jej przyszła właścicielka. Wszystkie wykończenia trzeba było dłubać ręcznie, bo materiał grymasił pod stopką maszyny. Na spódnicę poszło prawie trzy metry dżerseju, więc całość zrobiła się diabelnie ciężka, jak na zwiewną wieczorową toaletę. Pocieszeniem miał być fakt, że B zamierzała nosić ją latem także w dni powszednie, w celach pracowniczych.
Po pierwszej przymiarce było już wiadomo, że obszerny, chętny do wynurzeń, dekolt raczej wyeliminuje tę kieckę z ewentualnego codziennego użytkowania. A pierwsze próby noszenia dowiodły, że niewdzięczna materia zachowuje na sobie plamy po każdej kropli wody, niełatwo się prasuje i ciągnie swym ciężarem nosicielkę do ziemi, zamiast unosić ją pod niebiosa. Czasem niebieski nie oznacza niebiański...
Nie zdziwiłam się, kiedy B zareagowała niechęcią na propozycję pozowania w Chmurnym Błękicie. Kiedy oczekiwania tak bardzo różnią się od namacalności, trudno o dobrą minę. Ale tak to jest z amatorską zabawą w krawiectwo - nigdy nie wiadomo jaki realny kształt osiągnie wymyślone odzienie. Być może B ma też powoli dość roli, jaką jej zaserwowałam, a wychwalanie kiecki, której tak normalnie, po ludzku, nie znosi, było ponad jej siły.
A opadłszy z sił, leniwie wyciągnęła się na chmurnym posłaniu. Podniesioną dłonią zapewne nieśpiesznie liczy baranki, przed popołudniowym drzemankiem. Albo bawi się pajęczą nicią, jak ospała baba na obrazie Chełmońskiego. A może zaraz ułoży palce w międzynarodowy znak, informujący dosadnie, że mamy się szybko przestać interesować jej sprawami :-)
Takie słodkie lenistwo późnego, babiego lata. Samolubne, zdrowe i szczere. Kiedy mam głęboko w ... nosie resztę świata. W końcu, w wieku średnim, w miarę dojrzałym*, uczę się mówić: Nie podoba mi się, nie mam ochoty, nie zgadzam się. Zamiast nieustannie ogarniać rzeczywistość, wolę pognuśnieć horyzontalnie, rojąc o niebieskich migdałach.
Babie lato to podobno synonim dojrzałej kobiety. Spokojnej i zrównoważonej, jak wrześniowa pogoda - jeszcze słoneczna i ciepła, ale już bez burz. Czasem się trochę zachmurzy, popada. Ale sami popatrzcie, przecież w Chmurnym jest jej bosko ;-)
* w prefiksie lat pojawia się 3 lub więcej
p.s. czyli słowo od B:
nie powiedziałabym że jej nie cierpię - na weselu mojego brata sprawiła się wspaniale co widać na zdjęciach z wesela, raz odważyłam się przyjść w niej do pracy i gdyby nie duży dekolt to ponowiłabym ten epizod z chęcią
ale zbyt wiele uwagi zajmuje mi pilnowanie wystającego stanika
chodzę w niej za to do kościoła czasami kusić starszych panów :)
środa, 18 sierpnia 2010
Brygada Białych Koszul
Czy jest coś lepszego na letnie dni, niż biała koszula?
Pomysł na tegoroczną wersję wiejskiej koszuli zawdzięczamy B, która pragnęła osłonić się przed chorwackim słońcem.
Rozwiązanie dekoltu pojawiło się zeszłego lata, na koszuli J, która w założeniu miała być ciążowa. Oczywiście wtedy nie pasowała, a w tym roku - ku zdumieniu wszystkich a zwłaszcza J - okazała się dobra!!! Świat się kończy ;-)
Marzyło mi się zdjęcie, na którym cała Wiejska Brygada w SAMYCH koszulach pozuje na tle morza. Tylko biel i błękit. Może kiedyś...
Tymczasem poprosiłam o własne zaprezentowanie koszul, bez żadnych wskazówek. Freestyle.
Efekt? Samo życie, w różnorodnych i zmiennych odsłonach. Prawdziwe karpediem.
Radzę zajrzeć ponownie, bo zdjęcia, jak ich bohaterki, mogą być zmienne :-)




Pomysł na tegoroczną wersję wiejskiej koszuli zawdzięczamy B, która pragnęła osłonić się przed chorwackim słońcem.
Rozwiązanie dekoltu pojawiło się zeszłego lata, na koszuli J, która w założeniu miała być ciążowa. Oczywiście wtedy nie pasowała, a w tym roku - ku zdumieniu wszystkich a zwłaszcza J - okazała się dobra!!! Świat się kończy ;-)
Marzyło mi się zdjęcie, na którym cała Wiejska Brygada w SAMYCH koszulach pozuje na tle morza. Tylko biel i błękit. Może kiedyś...
Tymczasem poprosiłam o własne zaprezentowanie koszul, bez żadnych wskazówek. Freestyle.
Efekt? Samo życie, w różnorodnych i zmiennych odsłonach. Prawdziwe karpediem.
Radzę zajrzeć ponownie, bo zdjęcia, jak ich bohaterki, mogą być zmienne :-)

wtorek, 10 sierpnia 2010
Galeria_BB czyli Bojownik z Bujakowa
No, chyba nawet B nie spodziewała się takiej analogii :-)Łagodna, pogodna, dziewczęca B bojownikiem? Ale spróbujmy, może da się wyprowadzić to karkołomne porównanie.
Ku mojej wielkiej radości, specjalnie dla bloga, z odmętów szafy i pamięci, B wygrzebała ów strój oryginalny. Lata minęły od uszycia a on wciąż na chodzie.
Potocznie zwany przez właścicielkę pieluchomajtkami. Bawełniane, kombinezonowate wdzianko, ze skomplikowanym takielunkiem. Wiąże się toto troczkami na ramionach a potem plącze najpierw z przodu a potem z tyłu, kolejnymi sznurkami. Jakby powiedziała J - Można by tym pożeglować ;-)
Wzór bezczelnie odpatrzony z gotowej odzieży, odrysowany na podłodze. B wyposażyła go, od siebie, w koronkowy szydełkowy napierśnik, co dodało mu kobiecości.
Do tej pory uważałam, że pieluchomajtki są wyłącznie letnim, luzackim wariantem stroju typu casual. Plażowo-weekendowym. Ale niespodziewana sesja zdjęciowa skłoniła mnie do innego spojrzenia na swoje "dzieło".
Za tło posłużył nam mostek w przepięknym, nieszablonowym ogrodzie przyjaciół - Agnieszki i Irka z Bujakowa. Bliskie ogrodowe sąsiedztwo z tradycjami, zobowiązuje całą okolicę do wyjątkowych starań. Ale nawet właściciele tego barwnego kawałka ziemi i wody (kolorowych rybek w stawie) chyba nie spodziewali się, jaki potencjał drzemie w ich posiadłości.
Jak tylko B pojawiła się na mostku w swoich wyrafinowanych pieluchomajtkach, otoczenie zmieniło oblicze. Ogród zaczął przypominać japońskie drzeworyty. Jeden z tekstów dotyczących urządzania ogrodów japońskich (XI w.) mówi: ucz się od natury, lecz jej nie kopiuj. Trudne wyzwanie. Ale udało się. Plener zaakceptował swój nowy wizerunek i z wdziękiem przyjął pozę.
Dorzućmy świergot ptasząt, szum strumyka oraz zapach azalii, peoni albo wiśni. Ale i nie zapominajmy, że pod harmonijnym wizerunkiem kryje się zdecydowanie i bezwzględność przyrody. Oraz charakterek B. To nie wróżka z disnejowskiego lasu. B, w szerokich, powiewających nogawkach, zawiązana z każdej strony, w płaskich klapkach (pożyczonych od ogrodowej właścicielki), zajaśniała na tle ogrodu jak rasowy samuraj, jak rodzony kumpel Andżin-Sana :-)
Że bez miecza? I co z tego? B nie używa metalu jako oręża. Jej bronią jest uśmiech, za którym kryje się stalowa wola, poczucie obowiązku wobec pracodawcy, niezłomny kodeks honorowy i uczciwość. Taką kataną B radzi sobie lepiej, niż inni krzykiem i gniewem. Współczesny samuraj nie musi latać z obnażonym ostrzem po ulicach, to nie film. Od czasów Gandhiego i hippisów świat wie, ile można zdziałać łagodnością, optymizmem, wiarą w ludzi.
Zresztą, japońskie drzeworyty pokazują, że w Kraju Kwitnącej Wiśni te cechy od zawsze były w cenie. Dlatego naszego współczesnego, Beatkowego Bojownika otaczają postaci pełne subtelnej delikatności i swobodnej elegancji. Miłośnicy literatury, spokoju i przyrody... Tacy kulturalni samurajowie i ekologiczne gejsze. Bojownicy w słusznej sprawie. Dziś segregowaliby śmieci i spędzali niedziele na rowerowych przejażdżkach po lesie. I trzymaliby się z daleka od chamstwa, głupoty i/lub polskiej polityki.
No, wypisz, wymaluj, B ;-)
wtorek, 1 czerwca 2010
Galeria_B. Leżakowa
Leżakuje się w różnych miejscach. Dzieci leżakują w przedszkolach. Piwo i wino w beczkach. B w ogrodzie. Leżakuje się w różnych celach. Dzieci odpoczywają i regenerują siły. Piwo i wino dojrzewa i nabiera smaku. A co robi B?
Teoretycznie, powinna w swojej sukience w leżakowy wzorek, wylegiwać się pod czereśnią, odpoczywając i nabierając mocy jednocześnie. Ale trawa jest mokra po wiosennej burzy, a czereśnie, choć jeszcze małe, są bardzo kuszące.
Dlatego niesforna B, zamiast karnie pozować i posłusznie prezentować walory sukienkowe, w pozycji leżącej, woli chować się wśród liści, podjadając niedorosłe czereśnie i fachowo spluwając pestkami, niczym rasowe dziecię ulicy. A jak się uwija! Jak stadko przedszkolaków. Pełno jej pod tym drzewkiem :-)
W hurtowni tkanin, kiedy szukałam odpowiedniego materiału na urodzinową sukienkę dla B, ten kolorowy pasiak bezapelacyjnie zdobył pierwsze miejsce. Kojarzył się z beztroskim polegiwaniem na leżaku, ze słonecznym, letnim popołudniem, ze smakiem truskawek, czereśni i malin, z bzyczeniem owadów, z zapachem trawy.
Jednym słowem - z WAKACJAMI, które bezpowrotnie straciliśmy, pochopnie kończąc edukację i zaczynając znojne i nudne dorosłe życie ;-)
Na szczęście nie wszystek dziecięcy entuzjazm z nas wyparował. B nosi kalosze z kaczuszką i śmieje się w najlepsze, gdy pomylą się nam strony świata, nawet jeśli kosztuje nas to kilka kilometrów spaceru więcej. K śpiewa piosenki z repertuaru Piotrusia Pana i bawi się zdalnie sterowanym helikopterem. J lubi filmy rysunkowe równie mocno, jak jej dzieci (na pewno zaprzeczy, jest przekorna jak przedszkolak) a życiowa energia T może śmiało dorównać wyleżakowanej werwie pięciolatka.
Z okazji Dnia Dziecka, życzmy naszym wewnętrznym dzieciakom wszystkiego dobrego. Nigdy się nie starzejcie! W ogrodzie naszych umysłów niech zawsze znajdzie się jakaś czereśnia, pod którą można bezkarnie i beztrosko objadać się i zbijać bąki.
Leżakować, po prostu :-)
Teoretycznie, powinna w swojej sukience w leżakowy wzorek, wylegiwać się pod czereśnią, odpoczywając i nabierając mocy jednocześnie. Ale trawa jest mokra po wiosennej burzy, a czereśnie, choć jeszcze małe, są bardzo kuszące.
Dlatego niesforna B, zamiast karnie pozować i posłusznie prezentować walory sukienkowe, w pozycji leżącej, woli chować się wśród liści, podjadając niedorosłe czereśnie i fachowo spluwając pestkami, niczym rasowe dziecię ulicy. A jak się uwija! Jak stadko przedszkolaków. Pełno jej pod tym drzewkiem :-)
W hurtowni tkanin, kiedy szukałam odpowiedniego materiału na urodzinową sukienkę dla B, ten kolorowy pasiak bezapelacyjnie zdobył pierwsze miejsce. Kojarzył się z beztroskim polegiwaniem na leżaku, ze słonecznym, letnim popołudniem, ze smakiem truskawek, czereśni i malin, z bzyczeniem owadów, z zapachem trawy.Jednym słowem - z WAKACJAMI, które bezpowrotnie straciliśmy, pochopnie kończąc edukację i zaczynając znojne i nudne dorosłe życie ;-)
Na szczęście nie wszystek dziecięcy entuzjazm z nas wyparował. B nosi kalosze z kaczuszką i śmieje się w najlepsze, gdy pomylą się nam strony świata, nawet jeśli kosztuje nas to kilka kilometrów spaceru więcej. K śpiewa piosenki z repertuaru Piotrusia Pana i bawi się zdalnie sterowanym helikopterem. J lubi filmy rysunkowe równie mocno, jak jej dzieci (na pewno zaprzeczy, jest przekorna jak przedszkolak) a życiowa energia T może śmiało dorównać wyleżakowanej werwie pięciolatka.
Z okazji Dnia Dziecka, życzmy naszym wewnętrznym dzieciakom wszystkiego dobrego. Nigdy się nie starzejcie! W ogrodzie naszych umysłów niech zawsze znajdzie się jakaś czereśnia, pod którą można bezkarnie i beztrosko objadać się i zbijać bąki.
Leżakować, po prostu :-)
sobota, 3 kwietnia 2010
Pisankowa Panienka i Wielka Baba
Z okazji Świąt Wielkanocnych, pragnę podzielić się moimi przepisami na świąteczne specjały. Pierwsza receptura, na Pisankową Panienkę, choć niełatwa, jest fenomenalnie znakomita w konsumpcji. Natomiast drugi z przepisów, na Wielką Babę, mimo oczywistych składników, bywa niesłychanie skomplikowany i podatny na kłopoty z niekontrolowanym rośnięciem.
A oto szczegóły:
Pisankowa Panienka:
Bierzemy dwa metry sztruksu w prążki. Piękne, kolorowe paseczki w odcieniach różu i fuksji, zapewnią nam świetną podstawę do pracy.
Z tkaniny wykrawamy elementy żakietu i spódniczki (bardzo ciekawy projekt, Pismo 2/2006). Na etapie wykroju, bierzemy pod uwagę obecność prążków, które nie tylko ułatwiają zadanie, ale i pobudzają wyobraźnię twórcy. Dlatego dodajemy własne ingrediencje w postaci poprzecznych szerokich mankietów.
Bez żalu rezygnujemy ze składnika zwanego podszewką, bo nasza potrawa jest przeznaczona na ciepłe, wiosenne dni.
Za pomocą jednej, jedynej przymiarki, dopasowujemy całość produktu do wdzięcznej sylwetki B. Żadnych jajek - niespodzianek nie trzeba dodawać.
Po kilku godzinach spędzonych pod maszyną, Pisankowa Panienka jest gotowa do konsumpcji. Wzrokowej, wszak B ma męża ;-)

Wielka Baba
To przepis na bluzkę, na który potrzebujemy około metra lekkiej, bawełnianej tkaniny. Przypadkowo, wzór i kolorystyka są podobne do Pisankowej Panienki.
Trzeba sobie jasno uświadomić, że produkt stwarza od początku wielkie trudności. Mamy rok 2006, J jest w zaawansowanej ciąży z synem Bartem. Projekt musi uwzględniać ten fakt.
Wykrawamy, za pomocą papierowych wykrojów i dużych nożyczek, składniki tego dania
- portfelową część stanika
- krótkie, zgrabne rękawki
- szeroką część dolną, odcinaną pod biustem,
- dwa długie paski, do zawiązywania z przodu lub z tyłu
Po wstępnym przygotowaniu, umieszczamy J w wewnątrz, jak tancerkę w torcie urodzinowym. Niestety, na tym etapie, przepis okazuje się stanowczo nietrafiony. Wielka Baba nie urosła nam do zakładanych rozmiarów formy. Konieczne są poprawki w ilości składników.
Po stosownych pomniejszeniach, zapraszamy J na kolejną próbną degustację, a czas już najwyższy, bo to produkt na wesele w rodzinie, które nadciąga.
Mimo życzliwych działań ze strony własnego męża Wojtka, polegających na siłowej próbie podciągnięcia krytego zamka i konstruktywnej propozycji wciągnięcia brzucha, J nie mieści się w prążkowanej brytfance...
Za bardzo nam wyrosła? Oj, wydaje mi się jednak, że zbyt mocno okroiłam ten przepis. Proponuję używać składników rozumnie, biorąc pod uwagę zmienne rozmiary Bab, którym na wiosnę pęcznieją brzuchy oraz własne możliwości warsztatowe.
Niestety, nie pozostała po nim żadna fotografia.
(A jednak mi się upiekło!
J postanowiła odzyskać zainwestowane finanse i wystawiła produkt na sprzedaż w internecie, zakładając, że jakaś inna Wielka Baba będzie bardziej pasować do formy. Szybko założyłam tajne konto, i po kilku wymianach maili, wylicytowałam własny, zakalcowaty wyrób. Po kolejnej przeróbce, służył mi jeszcze kilka lat.
Nie wiedziałam wtedy, że to dopiero początek wielkiej odysei. Że antyklientka J pozostanie dla mnie niepokonanym wyzwaniem, że mimo licznych prób, nie uda mi się - jak dotąd - upichcić dla niej sensownego stroju. O szczegółach kiedy indziej. Ale dopóki piłka w grze... Nie poddam się.)
Życzę Smacznego Święconego, a zwłaszcza Wielkanocnych Jaj i Bab ;-)
A oto szczegóły:
Pisankowa Panienka:
Bierzemy dwa metry sztruksu w prążki. Piękne, kolorowe paseczki w odcieniach różu i fuksji, zapewnią nam świetną podstawę do pracy.
Z tkaniny wykrawamy elementy żakietu i spódniczki (bardzo ciekawy projekt, Pismo 2/2006). Na etapie wykroju, bierzemy pod uwagę obecność prążków, które nie tylko ułatwiają zadanie, ale i pobudzają wyobraźnię twórcy. Dlatego dodajemy własne ingrediencje w postaci poprzecznych szerokich mankietów.
Bez żalu rezygnujemy ze składnika zwanego podszewką, bo nasza potrawa jest przeznaczona na ciepłe, wiosenne dni.
Za pomocą jednej, jedynej przymiarki, dopasowujemy całość produktu do wdzięcznej sylwetki B. Żadnych jajek - niespodzianek nie trzeba dodawać.
Po kilku godzinach spędzonych pod maszyną, Pisankowa Panienka jest gotowa do konsumpcji. Wzrokowej, wszak B ma męża ;-)

Wielka Baba
To przepis na bluzkę, na który potrzebujemy około metra lekkiej, bawełnianej tkaniny. Przypadkowo, wzór i kolorystyka są podobne do Pisankowej Panienki.
Trzeba sobie jasno uświadomić, że produkt stwarza od początku wielkie trudności. Mamy rok 2006, J jest w zaawansowanej ciąży z synem Bartem. Projekt musi uwzględniać ten fakt.
Wykrawamy, za pomocą papierowych wykrojów i dużych nożyczek, składniki tego dania
- portfelową część stanika
- krótkie, zgrabne rękawki
- szeroką część dolną, odcinaną pod biustem,
- dwa długie paski, do zawiązywania z przodu lub z tyłu
Po wstępnym przygotowaniu, umieszczamy J w wewnątrz, jak tancerkę w torcie urodzinowym. Niestety, na tym etapie, przepis okazuje się stanowczo nietrafiony. Wielka Baba nie urosła nam do zakładanych rozmiarów formy. Konieczne są poprawki w ilości składników.
Po stosownych pomniejszeniach, zapraszamy J na kolejną próbną degustację, a czas już najwyższy, bo to produkt na wesele w rodzinie, które nadciąga.
Mimo życzliwych działań ze strony własnego męża Wojtka, polegających na siłowej próbie podciągnięcia krytego zamka i konstruktywnej propozycji wciągnięcia brzucha, J nie mieści się w prążkowanej brytfance...
Za bardzo nam wyrosła? Oj, wydaje mi się jednak, że zbyt mocno okroiłam ten przepis. Proponuję używać składników rozumnie, biorąc pod uwagę zmienne rozmiary Bab, którym na wiosnę pęcznieją brzuchy oraz własne możliwości warsztatowe.
Niestety, nie pozostała po nim żadna fotografia.
(A jednak mi się upiekło!
J postanowiła odzyskać zainwestowane finanse i wystawiła produkt na sprzedaż w internecie, zakładając, że jakaś inna Wielka Baba będzie bardziej pasować do formy. Szybko założyłam tajne konto, i po kilku wymianach maili, wylicytowałam własny, zakalcowaty wyrób. Po kolejnej przeróbce, służył mi jeszcze kilka lat.
Nie wiedziałam wtedy, że to dopiero początek wielkiej odysei. Że antyklientka J pozostanie dla mnie niepokonanym wyzwaniem, że mimo licznych prób, nie uda mi się - jak dotąd - upichcić dla niej sensownego stroju. O szczegółach kiedy indziej. Ale dopóki piłka w grze... Nie poddam się.)
Życzę Smacznego Święconego, a zwłaszcza Wielkanocnych Jaj i Bab ;-)
niedziela, 21 marca 2010
Guns N'Roses
O wiosno! kto cię widział wtenczas w naszym kraju,
Pamiętna wiosno wojny, wiosno urodzaju!
O wiosno! kto cię widział, jak byłaś kwitnąca
Tyle wieszczu Mickiewicz. Dlaczego wiosna i wojna razem? Skąd u nas historyczne koneksje kwiatów i broni? W rodzimej twórczości ludowo-patriotycznej, co i rusz wyrastają takie korelacje. Rozkwitają pąki białych róż, a Jasieniek wciąż nie wraca z wojenki . Na Monte Casino kwitną czerwone maki. A chabry są, oczywiście, z poligonu.
U nas, w Polsce, wiosną kobiety wiły wianki a mężczyźni czyścili broń. Ruszały hufce krokusów i żołnierzy. Jak tylko puszczały mrozy i wysychały pośniegowe błota, rozkwitały wiosenne ofensywy na obydwu frontach. Tym kwiatowym, i tym wojskowym.
Jeśli chodzi o front roślinny, sprawa jest prosta. Zakwitający świat jest świetną inspiracją dla mody. W wiosennych trendach co roku pojawiają się łączki, róże i inne bukiety. Tak było, jest i będzie. Nie ma tu żadnej filozofii. My, kobiety, po prostu lubimy rozkwitać :-)

Materiał na dwie Kwiatostanowe sukienki kupiłam, bo przypominał mi obrus w róże, z którego dawno temu uszyłam hippisowską kieckę do ziemi. Podobnie jak Scarlett o'Hara, która w czasie wojny secesyjnej machnęła kreację z zasłony, miałam niegdyś przyjemność uszyć sukienkę z tkaniny obiciowej a także z flanelowych kalesonów, o czym może kiedy indziej :-)
To też dla nas, kobiet, cecha znamienna - potrafimy sobie poradzić w najróżniejszych warunkach i wykorzystać to, co jest pod ręką. No bo skąd w ogóle wziął się w modzie trend militarny, który znów tej wiosny bezpardonowo zaatakował nasze szafy? W czasie II Wojny Światowej, wobec kryzysu i nawoływania do poświęceń, kobiety zakładały mundury, a te które zostały w domu szyły ubrania z wojskowych battledressów. Po każdej stronie frontu, babki umiejętnie przeszywały żołnierskie kurtki na żakiety, wykorzystywały armijne plecaki i pasy. Potrzeba matką wynalazków. A potem ruszyły w świat długie kolumny bojowych sukienek ;-)

O ile Kwiatostanowa była dla B wiosenną niespodzianką, o tyle sukienki-Żołnierki projektowałyśmy razem. To było bardzo fajne i twórcze zajęcie, które wspominam z przyjemnością. Usiadłyśmy z kilkoma numerami Pisma i - omawiając każdy szczegół po kolei (patki, kieszonki, kontrafałdy) - stworzyłyśmy projekt naszej własnej sukienki militarnej. B wybrała czerwień, w której wygląda jak brytyjski generał. Mnie przypadł maskujący zielony, w którym przypominam rekruta. No cóż, w wojsku obowiązuje przecież ścisła hierarchia.
Nasze sukienki wiszą w szafach daleko od siebie. Czasem, może w nocy, westchną z tęsknoty. Czekają - jak ich właścicielki - na kolejne spotkanie, na radość oraz dyskretną lustrację, czy ta druga aby dobrze wyprasowana, czy nie przyplątała się jej jakaś plamka albo nie odpruł podkład. Tylko takie problemy mogą mieć współczesne kreacje.
I, chociaż wokół wiosna radosna i wypada tylko wpaść w zachwyt między kwiecie, może warto wspomnieć inne czasy. Kiedy nie było beztroskiej zabawy przy tworzeniu militarnej kiecki. Kiedy szyciu towarzyszył lęk o najbliższych, o przyszłość, o życie. A zmartwieniem sukienek mogło być to, czy w ogóle się spotkają. Czy nie zostaną zniszczone, poszarpane, splamione krwią...
Wśród feerii wiośnianej, jedna chwila dla kobiet, które swoją wiosnę poświęciły czemuś bardzo ważnemu. Gdzie bylibyśmy, gdyby nie one?
sobota, 13 marca 2010
Galeria_B Inżynierka
To jedna z pierwszych (o ile nie pierwsza) kreacja dla B. Wykrój został wypatrzony w Piśmie (6/2003, Wkr. 125). Co ciekawe, do dziś - między kartkami - zachował się jego papierowy model.
B była wtedy u progu kariery - młodziutka pani inżynier, po studiach na politechnice. Specyfika pracy nie pozwalała jej na rozbuchane falbankami krynoliny, które mogłyby wzbudzić wesołość wśród kadry doświadczonych w fachu facetów. Zresztą B nigdy nie celowała w jakieś wyjątkowo romantyczne i poetyckie kiecki, stawiając na wygodę i schludność, przy 100 procentach kobiecości.
Ten wykrój spełniał wszystkie warunki. Prosty model, zapinany z przodu na zamek, ukryty w listwie. Długość optymalna, bez szaleństw, ale przed kolana :-) Wybrałyśmy jasną tkaninę o splocie przypominającym dżins, elastyczną. Jedyną ozdobą kreacji są nakładane kieszonki z zakładkami, w których B mogłaby spokojnie pomieścić zestaw rapidografów, ołówków lub pędzli - gdyby była architektem. Albo komplet wierteł, kleszczy i elewatorów, gdyby wybrała zawód dentystki ;-)
B jest inżynierem ochrony środowiska. W zmarszczonych kieszonkach jej sukienki mogłyby zatem znaleźć się: metrówka, sierpak, wkrętak i może klucze imbusowe albo oczkowe, cęgi, przecinaki i końcówki do grzechotek. Oczywiście B nie musi nosić tych wszystkich rzeczy i jej kieszonki pozostają tylko wyrafinowaną ozdobą.

Tu rozpościera się teren, na którym moja grafomańska natura jest bezsilna. Świat techniczny, ściśle wytyczony, nazwany i wymagający precyzji. Męski. Inżynierka łatwiej kojarzy się z nazwą przedmiotu, niż z żeńską formą słowa inżynier. Na szczęście, takie korelacje odchodzą w przeszłość. Dzięki paniom inżynierkom, takim jak B. Uroczym i seksownym fachowcom. Z wyczuciem stylu i konkretną wiedzą. Kierowniczkom, które nawet nagany potrafią udzielić z wdziękiem, choć stanowczo. Zresztą, oddajmy głos B, a żadne malownicze opisy i wychuchane komplementy nie będą potrzebne:
Jak chodzisz po mieście, to w chodnikach są takie żeliwne okrągłe "pokrywki" - to są skrzynki na zasuwy wodne. Taką skrzynkę podważa się nożem sierpakiem i tam wygląda z niej "kopsztyk" czyli takie przedłużenie zasuwy. Na ten kopsztyk nakłada się "klucz do wody" czyli metrowy pręt zakończony kwadratowym gniazdem na dole i poprzeczką na górze i kręci się - koleś ma wodę albo nie ma :-)
(...)
Szela to opaska naprawcza na rurę, w której zrobiła się dziura. Jest jeszcze sztynder - to taki metalowy słupek, który się zakłada na trawnikach i tam się umieszcza tabliczki z odległościami od zasuw. Na początku byłam załamana, ciągle mi się myliły szele ze sztynderami :-)
(...)
Kiedyś podszedł do mnie koparkowy i powiedział, że chce szeklę do łyżki w koparce i zaczął mi tłumaczyć o co mu chodzi - a ja na to, że wiem doskonale co to jest szekla. Ale z żagli oczywiście a nie z koparki. Ale ta szekla to taka sama jak na żaglach tylko z 10 razy większa :-)
Dziękuję B za udzielenie wywiadu i K za kolejną zabawną produkcję foto.
B była wtedy u progu kariery - młodziutka pani inżynier, po studiach na politechnice. Specyfika pracy nie pozwalała jej na rozbuchane falbankami krynoliny, które mogłyby wzbudzić wesołość wśród kadry doświadczonych w fachu facetów. Zresztą B nigdy nie celowała w jakieś wyjątkowo romantyczne i poetyckie kiecki, stawiając na wygodę i schludność, przy 100 procentach kobiecości.
Ten wykrój spełniał wszystkie warunki. Prosty model, zapinany z przodu na zamek, ukryty w listwie. Długość optymalna, bez szaleństw, ale przed kolana :-) Wybrałyśmy jasną tkaninę o splocie przypominającym dżins, elastyczną. Jedyną ozdobą kreacji są nakładane kieszonki z zakładkami, w których B mogłaby spokojnie pomieścić zestaw rapidografów, ołówków lub pędzli - gdyby była architektem. Albo komplet wierteł, kleszczy i elewatorów, gdyby wybrała zawód dentystki ;-)
B jest inżynierem ochrony środowiska. W zmarszczonych kieszonkach jej sukienki mogłyby zatem znaleźć się: metrówka, sierpak, wkrętak i może klucze imbusowe albo oczkowe, cęgi, przecinaki i końcówki do grzechotek. Oczywiście B nie musi nosić tych wszystkich rzeczy i jej kieszonki pozostają tylko wyrafinowaną ozdobą.

Tu rozpościera się teren, na którym moja grafomańska natura jest bezsilna. Świat techniczny, ściśle wytyczony, nazwany i wymagający precyzji. Męski. Inżynierka łatwiej kojarzy się z nazwą przedmiotu, niż z żeńską formą słowa inżynier. Na szczęście, takie korelacje odchodzą w przeszłość. Dzięki paniom inżynierkom, takim jak B. Uroczym i seksownym fachowcom. Z wyczuciem stylu i konkretną wiedzą. Kierowniczkom, które nawet nagany potrafią udzielić z wdziękiem, choć stanowczo. Zresztą, oddajmy głos B, a żadne malownicze opisy i wychuchane komplementy nie będą potrzebne:
Jak chodzisz po mieście, to w chodnikach są takie żeliwne okrągłe "pokrywki" - to są skrzynki na zasuwy wodne. Taką skrzynkę podważa się nożem sierpakiem i tam wygląda z niej "kopsztyk" czyli takie przedłużenie zasuwy. Na ten kopsztyk nakłada się "klucz do wody" czyli metrowy pręt zakończony kwadratowym gniazdem na dole i poprzeczką na górze i kręci się - koleś ma wodę albo nie ma :-)
(...)
Szela to opaska naprawcza na rurę, w której zrobiła się dziura. Jest jeszcze sztynder - to taki metalowy słupek, który się zakłada na trawnikach i tam się umieszcza tabliczki z odległościami od zasuw. Na początku byłam załamana, ciągle mi się myliły szele ze sztynderami :-)
(...)
Kiedyś podszedł do mnie koparkowy i powiedział, że chce szeklę do łyżki w koparce i zaczął mi tłumaczyć o co mu chodzi - a ja na to, że wiem doskonale co to jest szekla. Ale z żagli oczywiście a nie z koparki. Ale ta szekla to taka sama jak na żaglach tylko z 10 razy większa :-)
Dziękuję B za udzielenie wywiadu i K za kolejną zabawną produkcję foto.
niedziela, 28 lutego 2010
Galeria_B. Suknia Ślubna
Droga B, proszę o przecięcie wstęgi... Dziękuję :-)
Witam na wernisażu nowej galerii. Ambicją tego projektu jest zaprezentowanie urbi et orbi kreacji stworzonych dla B.
Posiadanie takiej Klientki jak B, to coś wyjątkowego. To związek somatyczno-duchowy, jakaś forma symbiozy. Mamy podobne wymiary i gusta, lecz jakże inaczej rozmieszczone! Mogę przymierzyć jej strój w fazie tworzenia i wyobrazić sobie, że jestem B. Oceniam projekt, jego krój i to, jak leży. Jeśli maksymalnie wciągnę brzuch i wypnę pierś, zmrużę oczy i rozjarzę duszę, może się udać ;-)
Nie da się ująć tematu naszej współpracy zgrabniej i prościej, niż zrobiła to sama B, kilka dni temu, mówiąc:
- Szyj dla mojego ciała, pisz dla duszy.
Dziękuję :-*
Na światowych wybiegach Haute Couture, tradycją i klasyką jest prezentowanie na finał stroju najbardziej dopracowanego, najpiękniejszego, podsumowującego całość pokazu. Sukni ślubnej, po prostu. Galeria_B postanowiła być pionierska w tej kwestii. To największe wyzwanie, największy strach, stres i radość, należy umieścić na początku kolekcji. Potem już wszystko będzie prostsze :-)
Zaczęło się, oczywiście, od tego, że B postanowiła wyjść za mąż i ozdobić tę czynność weselem. Potrzebowała zatem odpowiedniego stroju, a że nie korciły jej ani kreacje z wypożyczalni, ani te ze sklepowych wystaw, przyszła do mnie. Z kilkukartkowym francuskim katalogiem . Na każdej stronie jęczałyśmy z rozkoszy. Projekty ascetyczne. Piękno bijące gdzieś z samego serca formy, pozbawionej falban, przymarszczeń i zaszewek. B wskazała jedną z sukienek, pozornie banalną, prostą. Z sześciu klinów, na szerokich ramiączkach, ze sporym owalnym dekoltem i rozkloszowanym dołem.
Teraz czas na dylematy moralne. Poruszałam się na co dzień wśród wykrojów dwukropkowych w skali Pisma czyli łatwizna. W tym przypadku, B zdecydowała się obdarzyć mnie całkowitym zaufaniem, artystycznym i rzemieślniczym. Sama nie ufałam sobie wystarczająco, ale entuzjazm B był zaraźliwy. B zwyczajnie wierzyła we mnie tak dalece, że nie pozostało mi nic innego, jak zawierzyć jej.
Technicznie: Jako wróg odszyć widocznych na białym materiale jak na dłoni, zdecydowałam, ze sukienka będzie skrojona dwa razy i odszyta w całości, do linii bioder, gdzie zamierzałam wszyć od spodu warstwę tiulu, który miał za zadanie unieść cały rozkloszowany dół, bez użycia śmiesznych drutów czy krynolin. Dzięki temu prostemu zabiegowi sukienka miała zyskać nieoczekiwanie drugą, bardziej frywolną stronę, z tiulową spódnicą.
Nadszedł moment na przetestowanie wykombinowanego wspólnie wykroju na tanim materiale. Powstała wersja beta, testowana na wąskiej jednoosobowej grupie B-testerki. Z płótna w kolorze ecru. Wyglądała nieźle. Na tyle dobrze, ze zdecydowałyśmy się ostatecznie na tę wspólną, (teoretycznie) jedyną w życiu przygodę.
Następnym etapem był służbowy wyjazd do miasta wojewódzkiego celem zakupu odpowiedniej materii. Wybór padł na francuską satynę z arystokratycznym matowym połyskiem. Tkanina była kosztowna, zblazowana długim leżakowaniem na półce z najdroższym asortymentem. Na złożeniu lekko szara, ale w tym momencie nie przyszło nam do głowy martwić się o to.
W domu rozciągnęłam stół jak dla dwunastu gości; na nim satynę i papierowe wykroje, niczym świąteczny serwis obiadowy. Bałam się go dotknąć. Na nożyczki nie było już miejsca. Wymagałam solidnego kopniaka na odwagę :-) Znalazłam piwo. I w końcu zaczęłam krążyć wokół tej biesiady niczym rasowy kelner. Dopiero po drugim browarze całość została skrojona. Dobrze, że w domu nie było mocniejszych używek ;-)
Pierwsza przymiarka przemknęła gładko. Góra leżała zgrabnie, choć materiał prosił się o lekką przepierkę. Pozostawiłyśmy ten problem na później. Teraz najważniejsza była kwestia dołu. Choć satyna była sztywna jak kryza królowej Elżbiety, było jej zbyt dużo, by elegancko odstawać od ciała.
Kilometry tiulu zleciały na różne wersje usztywnienia. Bez efektu. Niczym klasyczna łowiczanka, wycinałam kolejne koła z tiulowej sieci i wpinałam na próbę. Dramat. Częściowo ukrywałam przed B rozmiar mojej porażki. Bo po cóż jej - ogarniętej przedślubną pożogą - dodatkowy stres? I kiedy już mogłam spokojnie obdzielić kołami ze dwie olimpiady, B urządziła tradycyjną imprezę z okazji zmiany stanu cywilnego - panieńskie.
Nie wspomnę wszystkich atrakcji wieczoru. Było efektownie ale i efektywnie - po przebudzeniu po prostu wiedziałam jak rozgryźć problem tiulowy. Gdy ciało trawiło nadmiar alkoholu, rozluźniony mózg spokojnie przerabiał kwestię usztywnienia. I to działało! Na kolejnej przymiarce B wirowała przed lustrem w dumnie, żeglarsko wydętej satynowej kreacji. Prawdziwa Sztywniara! Byłyśmy wniebowzięte.
B kończyła swój projekt szydełkowy - maleńkiego bolerka i krótkich rękawiczek, które wystylizowały całość na kreację wytworną, delikatną i pachnącą przedwojenną fotografią. Niepowtarzalną. Czy jest większy komplement dla sukni ślubnej?
I nagle, gdy wszystko tak pięknie szło, termin nadciągał a para nie zamierzała zmienić zdania, grom z jasnego nieba. Satyny nie można w żaden sposób wyczyścić! Kawałek wyprany w domu całkowicie stracił swą sztywność. Był to zawód, jakiego nie życzy się żadnej kandydatce na żonę... W pralni stanowczo odmówiono pomocy, fachowe ręce od razu poczuły, że ta materia oprze się i chemicznym, i wodnym zabiegom.
Ostatecznie - ponieważ nie można było puścić Panny Młodej przed ołtarz w kreacji przykurzonej - kolejny raz ryzykując zawał serca i problem alkoholowy, zanurzyłam na kilka sekund całość dzieła w wannie i delikatnie przetarłam szczoteczką newralgiczne miejsca. Na pewno jakaś część jej wyniosłej godności została utracona, ale przynajmniej suknia była czysta.
W tym dniu wrześniowym, B zakwitła różami we włosach. Wyglądała radośnie, świeżo, niemalże dziewiczo ;-)
Jak najprawdziwsza Panna Młoda z okładek specjalistycznych pism. Nawet klisza fotograficzna jaśniała wokół niej.
A potem ruszył świat do tańca.
- Raz się żyje - zakrzyknęła suknia i zawirowała z wdziękiem w kręgu tancerzy. Po północy odmieniła oblicze i jako zwariowana bliźniacza siostra zakręciła tiulową spódnicą, rwąc i gubiąc fragmenty bieli, rujnując się w swym szaleńczym, nieokiełznanym, krótkim życiu, niczym ćma wokół świecy...

Teraz przywołuje z nostalgią te chwile chwały, wciśnięta w pokrowiec, zapomniana na dnie szafy, niczym pomięta pamiątka z szalonych wakacji. Zwrócona płótnom Chagalla, wyciszona.
"Czy pamiętasz jak kiedyś tańczyłam walca..."
I może żałuje, że nie spłonęła z emocji, że nie stopiła się w oślepiającym błysku swej jednej jedynej nocy.
A ja wspominam ją z dumą i pokorą.
B, błagam, nigdy więcej nie wychodź za mąż!!!
Witam na wernisażu nowej galerii. Ambicją tego projektu jest zaprezentowanie urbi et orbi kreacji stworzonych dla B.
Posiadanie takiej Klientki jak B, to coś wyjątkowego. To związek somatyczno-duchowy, jakaś forma symbiozy. Mamy podobne wymiary i gusta, lecz jakże inaczej rozmieszczone! Mogę przymierzyć jej strój w fazie tworzenia i wyobrazić sobie, że jestem B. Oceniam projekt, jego krój i to, jak leży. Jeśli maksymalnie wciągnę brzuch i wypnę pierś, zmrużę oczy i rozjarzę duszę, może się udać ;-)
Nie da się ująć tematu naszej współpracy zgrabniej i prościej, niż zrobiła to sama B, kilka dni temu, mówiąc:
- Szyj dla mojego ciała, pisz dla duszy.
Dziękuję :-*
Na światowych wybiegach Haute Couture, tradycją i klasyką jest prezentowanie na finał stroju najbardziej dopracowanego, najpiękniejszego, podsumowującego całość pokazu. Sukni ślubnej, po prostu. Galeria_B postanowiła być pionierska w tej kwestii. To największe wyzwanie, największy strach, stres i radość, należy umieścić na początku kolekcji. Potem już wszystko będzie prostsze :-)
Zaczęło się, oczywiście, od tego, że B postanowiła wyjść za mąż i ozdobić tę czynność weselem. Potrzebowała zatem odpowiedniego stroju, a że nie korciły jej ani kreacje z wypożyczalni, ani te ze sklepowych wystaw, przyszła do mnie. Z kilkukartkowym francuskim katalogiem . Na każdej stronie jęczałyśmy z rozkoszy. Projekty ascetyczne. Piękno bijące gdzieś z samego serca formy, pozbawionej falban, przymarszczeń i zaszewek. B wskazała jedną z sukienek, pozornie banalną, prostą. Z sześciu klinów, na szerokich ramiączkach, ze sporym owalnym dekoltem i rozkloszowanym dołem.
Teraz czas na dylematy moralne. Poruszałam się na co dzień wśród wykrojów dwukropkowych w skali Pisma czyli łatwizna. W tym przypadku, B zdecydowała się obdarzyć mnie całkowitym zaufaniem, artystycznym i rzemieślniczym. Sama nie ufałam sobie wystarczająco, ale entuzjazm B był zaraźliwy. B zwyczajnie wierzyła we mnie tak dalece, że nie pozostało mi nic innego, jak zawierzyć jej.
Technicznie: Jako wróg odszyć widocznych na białym materiale jak na dłoni, zdecydowałam, ze sukienka będzie skrojona dwa razy i odszyta w całości, do linii bioder, gdzie zamierzałam wszyć od spodu warstwę tiulu, który miał za zadanie unieść cały rozkloszowany dół, bez użycia śmiesznych drutów czy krynolin. Dzięki temu prostemu zabiegowi sukienka miała zyskać nieoczekiwanie drugą, bardziej frywolną stronę, z tiulową spódnicą.
Nadszedł moment na przetestowanie wykombinowanego wspólnie wykroju na tanim materiale. Powstała wersja beta, testowana na wąskiej jednoosobowej grupie B-testerki. Z płótna w kolorze ecru. Wyglądała nieźle. Na tyle dobrze, ze zdecydowałyśmy się ostatecznie na tę wspólną, (teoretycznie) jedyną w życiu przygodę.
Następnym etapem był służbowy wyjazd do miasta wojewódzkiego celem zakupu odpowiedniej materii. Wybór padł na francuską satynę z arystokratycznym matowym połyskiem. Tkanina była kosztowna, zblazowana długim leżakowaniem na półce z najdroższym asortymentem. Na złożeniu lekko szara, ale w tym momencie nie przyszło nam do głowy martwić się o to.
W domu rozciągnęłam stół jak dla dwunastu gości; na nim satynę i papierowe wykroje, niczym świąteczny serwis obiadowy. Bałam się go dotknąć. Na nożyczki nie było już miejsca. Wymagałam solidnego kopniaka na odwagę :-) Znalazłam piwo. I w końcu zaczęłam krążyć wokół tej biesiady niczym rasowy kelner. Dopiero po drugim browarze całość została skrojona. Dobrze, że w domu nie było mocniejszych używek ;-)
Pierwsza przymiarka przemknęła gładko. Góra leżała zgrabnie, choć materiał prosił się o lekką przepierkę. Pozostawiłyśmy ten problem na później. Teraz najważniejsza była kwestia dołu. Choć satyna była sztywna jak kryza królowej Elżbiety, było jej zbyt dużo, by elegancko odstawać od ciała.
Kilometry tiulu zleciały na różne wersje usztywnienia. Bez efektu. Niczym klasyczna łowiczanka, wycinałam kolejne koła z tiulowej sieci i wpinałam na próbę. Dramat. Częściowo ukrywałam przed B rozmiar mojej porażki. Bo po cóż jej - ogarniętej przedślubną pożogą - dodatkowy stres? I kiedy już mogłam spokojnie obdzielić kołami ze dwie olimpiady, B urządziła tradycyjną imprezę z okazji zmiany stanu cywilnego - panieńskie.
Nie wspomnę wszystkich atrakcji wieczoru. Było efektownie ale i efektywnie - po przebudzeniu po prostu wiedziałam jak rozgryźć problem tiulowy. Gdy ciało trawiło nadmiar alkoholu, rozluźniony mózg spokojnie przerabiał kwestię usztywnienia. I to działało! Na kolejnej przymiarce B wirowała przed lustrem w dumnie, żeglarsko wydętej satynowej kreacji. Prawdziwa Sztywniara! Byłyśmy wniebowzięte.
B kończyła swój projekt szydełkowy - maleńkiego bolerka i krótkich rękawiczek, które wystylizowały całość na kreację wytworną, delikatną i pachnącą przedwojenną fotografią. Niepowtarzalną. Czy jest większy komplement dla sukni ślubnej?
I nagle, gdy wszystko tak pięknie szło, termin nadciągał a para nie zamierzała zmienić zdania, grom z jasnego nieba. Satyny nie można w żaden sposób wyczyścić! Kawałek wyprany w domu całkowicie stracił swą sztywność. Był to zawód, jakiego nie życzy się żadnej kandydatce na żonę... W pralni stanowczo odmówiono pomocy, fachowe ręce od razu poczuły, że ta materia oprze się i chemicznym, i wodnym zabiegom.
Ostatecznie - ponieważ nie można było puścić Panny Młodej przed ołtarz w kreacji przykurzonej - kolejny raz ryzykując zawał serca i problem alkoholowy, zanurzyłam na kilka sekund całość dzieła w wannie i delikatnie przetarłam szczoteczką newralgiczne miejsca. Na pewno jakaś część jej wyniosłej godności została utracona, ale przynajmniej suknia była czysta.
W tym dniu wrześniowym, B zakwitła różami we włosach. Wyglądała radośnie, świeżo, niemalże dziewiczo ;-)
Jak najprawdziwsza Panna Młoda z okładek specjalistycznych pism. Nawet klisza fotograficzna jaśniała wokół niej.
A potem ruszył świat do tańca.
- Raz się żyje - zakrzyknęła suknia i zawirowała z wdziękiem w kręgu tancerzy. Po północy odmieniła oblicze i jako zwariowana bliźniacza siostra zakręciła tiulową spódnicą, rwąc i gubiąc fragmenty bieli, rujnując się w swym szaleńczym, nieokiełznanym, krótkim życiu, niczym ćma wokół świecy...

Teraz przywołuje z nostalgią te chwile chwały, wciśnięta w pokrowiec, zapomniana na dnie szafy, niczym pomięta pamiątka z szalonych wakacji. Zwrócona płótnom Chagalla, wyciszona.
"Czy pamiętasz jak kiedyś tańczyłam walca..."
I może żałuje, że nie spłonęła z emocji, że nie stopiła się w oślepiającym błysku swej jednej jedynej nocy.
A ja wspominam ją z dumą i pokorą.
B, błagam, nigdy więcej nie wychodź za mąż!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)