Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 czerwca 2010

Koktajlowa

Całkiem znienacka stałam się twórczynią sukienki koktajlowej. Czy ktoś w ogóle wie, co oznacza ta nazwa? Odsyłam do kompetentnych źródeł, z których pochodzi cała moja wiedza w tym temacie ;-)

Gdzieś tam, na Zachodzie i gdzieś za oceanem, chyba, ludzie organizują sobie w ciągu dnia nieformalne imprezki, których podstawową atrakcją nie są sukienki, ale właśnie koktajle.
I nie mam tu na myśli szalonych party z udziałem mlecznych napojów owocowych, to nie ta bajka. Chociaż u nas słowo koktajl nie zadomowiło się w barku, lecz w blenderze, skąd wypływają pełne witamin, owocowe breje. A mieszankę z procentami zwykło się nazywać drinkiem.
Koktajle alkoholowe mają za zadanie (teoretycznie) orzeźwić po pracy, pobudzić do wieczornych zajęć a może odprężyć i rozładować stres.
Reasumując - wstawić delikwenta ;-)

Odpowiednim tłem dla kolorowego drinka, short, long, tudzież aperitif, jest prawidłowo dobrana sukienka. A tu już obowiązuje regularny dress code. Sukienka koktajlowa powinna być mniej elegancka, niż na bankiet z szampanem i tańcami, ale jednocześnie bardziej sexy, niż uniform do pracy.
Wygląda na to, że musi to być strój absolutnie niewymuszony, który pojawia się na ciele jakby mimochodem, dla przyjemności własnej oraz oczu, które na nim spoczywają :-)

No kosmos, czegoś takiego bym nie wymyśliła... Gdybym dostała zadanie stworzenia koktajlowej sukienki, padłabym na placu boju bez jednego strzału z maszyny.

Skąd zatem zjawił się tytułowy wyrób? Jakoś... mimochodem.
Perkalowy metr w różową łączkę został nabyty z powodu upału. Bardziej kojarzył mi się z falbaniastymi spódnicami niewolnic na plantacjach w Brazylii, niż elegancką kiecką imprezową na party pod parasolem (parasol - zgodnie z oryginalną nazwą - chroni od słońca).

W jeden wieczór machnęłam krótką sukienczynę, banalnie prostą, dorzucając jej w ramach ozdoby (i powierzchni nośnej dla ewentualnych podmuchów) jedną linię obszarpanej falbanki. Bez zaznaczonej talii, żeby w upale przyjemnie falowała i chłodziła. Jak drink :-)

Następnego ranka ukazałam się zaspanym oczom K w nowym odzieniu, zanosząc mu poranny koktajl ze świeżych truskawek. Pan K, jeszcze bez okularów, spojrzał nieprzytomnie, potem usiłował wypić skraj nowej kreacji a następnie oznajmił:

- Wyglądasz jak koktajl truskawkowy!
- Chyba z szypułkami - dorzuciła łaskawie niezawodna J, jak tylko poznała nowe dzieło. O rany, przed jej następną opinią powinnam strzelić kielicha...

Zatem, proszę Państwa, słowo się rzekło - oto moja emanacja sukienki koktajlowej. W wersji przaśnej, omalże ludowej. Jaki koktajl - taka sukienka...

Truskawkowy koktajl zamyka Wiosenny Tryptyk Owocowo-Alkoholowy. Spróbuję poszukać inspiracji w innych, bardziej poprawnych, źródłach.
W końcu alkohol to tylko ucieczka, nieprawdaż? W świat używek, gdzie maleją kłopoty, kurczą się długi i nikną troski.
Wszystko wrzuca na luz. Człowiek robi głupie miny, śmieszą go własne dowcipy i wszystkich kocha... Okropność :-)

Więc chodź, zabiorę cię na pola truskawkowe,
gdzie wszystko jest bajką i niczym nie trzeba się przejmować...




p.s.
Proszę zapamiętać Człowieka Pracy w niebieskim drelichu, który w upale truskawkowego pola rozkleił mój bilbord. To zwiastun zmian. Idzie lato a z nim przewrót w kolorach i na ciele, i na blogu. Zgodnie z zasadami, oczywiście.

czwartek, 10 czerwca 2010

Mojito

Czy drink może być inspiracją? Podobno mojito było ulubionym napitkiem Hemingwaya. Może, kiedy wpatrywał się w oszronioną szklankę, wypełnioną masą mięty i limonki, wymyślił "Zielone wzgórza Afryki"?

W końcu zrobiło się ciepło więc ponętny obraz zielonego mojito zaczął prześladować mnie w godzinach pracy. I po godzinach też. A obok ulubionego pisarskiego napoju, krążyło nieustannie widmo zielonego materiału z przepastnych zasobów Mamy K. Coś trzeba było z tego zmiksować, pociągnąwszy uprzednio spory łyk kubańskiej inspiracji ;-)

Przepis na mojito jest banalnie prosty. Trochę rumu, mięty, cukru, wody, limonki i lodu. Przepis na zieloną sukienkę też nie należał do skomplikowanych. Zwłaszcza, że sama go wymyśliłam. Ale diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach.

Pierwsza wersja Mojito okazała się katastrofalną pomyłką. Rozkloszowany dół i góra z dwurzędowym zapięciem, z bufkami na ramionach, za nic nie chciały się skomponować w harmonijny look. Zamiast wyrafinowanej cierpko-słodkiej mieszanki orzeźwiającej, w lustrze ujrzałam zawianą, by nie rzec - nawaloną - pokrakę o zachwianych proporcjach. Pijane dzieło dostało bilet w jedną stronę. Do kosza.

Ponieważ nie wyczerpał się ani zapas zielonej tkaniny, ani mój zapał, szybko ruszyły prace nad nową wersją Mojito. Tym razem oparłam się na trzeźwej ocenie własnych pomysłów i skorzystałam z pomocy gotowca. Nomen-omen, produktu firmy Mojito:

Moja wariacja tego przepisu to wielka zieleń w roli mięty i elementy ecru jako cukier. Po kolejnej porcji inspiracji, dorzuciłam ekstra marszczone, zaokraglone kieszonki z lamówką. Zostały jednak stanowczo odrzucone przez K, który je widział, i - oczywiście - przez J, która ich nawet nie widziała. Tylko niezwykle tolerancyjna T zaakceptowała je, ale jakoś dziwnie, bez entuzjazmu. Więc też dostały wilczy bilecik :-(

Jeszcze jedna drobna modyfikacja - zamek kryty w kolorze kremowym. Pierwotny egzemplarz był idealnie zielony, ale, wszyty w sukienkę, rozpadł się w rękach przy pierwszej próbie zapięcia. Nie pozwoliłam sobie na rozpatrywanie kolejnej eksmisji do śmieci, choć wypruwanie krytego zamka to mordęga niczym ból głowy na kacu. Wcisnęłam też, rzutem na taśmę, dodatkowe zakładki na rękawkach.
I sukienka gotowa, wstrząśnięta i zmieszana :-)
Na zdrowie!
p.s.
Inaczej, niż inne projekty, ta sukienka ma wachlarz nazw. W fazie produkcji zyskała roboczo imię Szpitalna, ze względu na kolor. Na Wielkiej Paradzie Smoków w Krakowie (na której nie tylko smoki prezentowały się pięknie) usiłowałam nadać jej ton królewski. Zdaniem K, byłam jednak bardziej smokiem niż królewną. J poparła tę gorszącą opinię, pocieszając mnie, że królewny pojawiły się tam raczej w charakterze menu :-)
Dorzuciła też swój kamyczek, twierdząc, że kiecka jest jak dla lalki.

Smocza królewna-lalka w szpitalu, pociągająca terapeutyczny, miętowy płyn???

Hmmm... Niezły miszmasz robi się w głowie od tego mojito.

wtorek, 1 czerwca 2010

Galeria_B. Leżakowa

Leżakuje się w różnych miejscach. Dzieci leżakują w przedszkolach. Piwo i wino w beczkach. B w ogrodzie. Leżakuje się w różnych celach. Dzieci odpoczywają i regenerują siły. Piwo i wino dojrzewa i nabiera smaku. A co robi B?

Teoretycznie, powinna w swojej sukience w leżakowy wzorek, wylegiwać się pod czereśnią, odpoczywając i nabierając mocy jednocześnie. Ale trawa jest mokra po wiosennej burzy, a czereśnie, choć jeszcze małe, są bardzo kuszące.

Dlatego niesforna B, zamiast karnie pozować i posłusznie prezentować walory sukienkowe, w pozycji leżącej, woli chować się wśród liści, podjadając niedorosłe czereśnie i fachowo spluwając pestkami, niczym rasowe dziecię ulicy. A jak się uwija! Jak stadko przedszkolaków. Pełno jej pod tym drzewkiem :-)

W hurtowni tkanin, kiedy szukałam odpowiedniego materiału na urodzinową sukienkę dla B, ten kolorowy pasiak bezapelacyjnie zdobył pierwsze miejsce. Kojarzył się z beztroskim polegiwaniem na leżaku, ze słonecznym, letnim popołudniem, ze smakiem truskawek, czereśni i malin, z bzyczeniem owadów, z zapachem trawy.

Jednym słowem - z WAKACJAMI, które bezpowrotnie straciliśmy, pochopnie kończąc edukację i zaczynając znojne i nudne dorosłe życie ;-)

Na szczęście nie wszystek dziecięcy entuzjazm z nas wyparował. B nosi kalosze z kaczuszką i śmieje się w najlepsze, gdy pomylą się nam strony świata, nawet jeśli kosztuje nas to kilka kilometrów spaceru więcej. K śpiewa piosenki z repertuaru Piotrusia Pana i bawi się zdalnie sterowanym helikopterem. J lubi filmy rysunkowe równie mocno, jak jej dzieci (na pewno zaprzeczy, jest przekorna jak przedszkolak) a życiowa energia T może śmiało dorównać wyleżakowanej werwie pięciolatka.

Z okazji Dnia Dziecka, życzmy naszym wewnętrznym dzieciakom wszystkiego dobrego. Nigdy się nie starzejcie! W ogrodzie naszych umysłów niech zawsze znajdzie się jakaś czereśnia, pod którą można bezkarnie i beztrosko objadać się i zbijać bąki.
Leżakować, po prostu :-)

piątek, 21 maja 2010

Krakowski spleen

Chmury wiszą nad miastem
Ciemno i wstać nie mogę

Naciągam głębiej kołdrę

Znikam, kulę się w sobie


Czekam na wiatr co rozgoni

Ciemne skłębione zasłony

Stanę wtedy na raz

Ze słońcem twarzą w twarz


A jednak, w czasie deszczu, amatorska krawcowa wcale się nie kuli pod kołdrą. Bo znienacka z weną staje twarzą w twarz. I dostaje tą weną prosto w nos. Tajemniczy, podświadomy imperatyw nakazuje jej powrót do korzeni, wygrzebanie ze zleżałych bel wyobraźni nowego projektu i zaplątanie się w jego skomplikowanej realizacji.
I musi, musi szyć, żeby żyć :-)

W tym miejscu zaplanowałam głębokie, filozoficzne i rozwlekłe (przynajmniej 4 akapity) rozważania dotyczące źródeł tzw. inspiracji. Miało być od Prusa, przez Freuda, do architektury...
A takiego! Zdecydowałam oszczędzić nie swój wzrok. Powstrzymać nawałnicę swojej grafomanii.
Dla czytających - w smsowym skrócie:

Florianka
Izabela Łęcka
Tiurniura
Burberry

Dla tych, co wolą oglądać obrazki - wizja:

Dodam nieskromnie, że jestem niezmiernie usatysfakcjonowana. Napracowałam się, ale warto było. Spod maszyny wychynęła współczesna wersja findesieclowego płaszczyka. Geometryczna i asymetryczna. Ni to trencz, ni to sukienka. Z dwóch metrów szarej tkaniny, powierzonej mi onegdaj przez mamę K, powstał strój, z którego jestem dumna :-)


I jeszcze muzyka, też wrzucam do wora inspiracji ;-)
Tytuł bardzo na czasie, nieprawdaż?




Na deser pytanie: Jakie przeznaczenie może mieć taki ubiór?




Votum separatum, od przekornej T, której żadna propozycja odpowiedzi nie usatysfakcjonowała:
Dołączyć do kolekcji wymienionych wyżej modeli, dać na wybieg modelkom, nosić się w nim jak modelka po mieście









czwartek, 13 maja 2010

Pochód majowy

W maju ruszamy. Na ulice, na skwery. Ludzkość kocha wszelkie pochody, a majowa pogoda sprzyja. Jeszcze bez upału, a już można się pokazać w samej marynarce. W maju wiosna obrasta świętami, bujnie jak mur winoroślą.

Pierwszego łopoczą czerwone sztandary, drugiego świętuje flaga państwowa a trzeciego patriotyczne chorągwie. Czwartego paradują strażacy i kominiarze na Św. Floriana. Piątego z lasu mogą wychynąć leśnicy. Ósmego / dziewiątego maszerują zwycięzcy w towarzystwie pokojowo nastawionej broni maszynowej i zmechanizowanej. Potem prawo do paradowania przejmują kolejno pielęgniarki, farmaceuci, geje i inni miłośnicy równości, piwowarzy, matki i pracownicy przemysłu spożywczego. Pełna demokracja.

Pochód majowy jednak zawsze będzie mi się kojarzył z oldskulowym, socjalistycznym świętem. Gdy, jako mała dziewczynka, paradowałam dumnie przy boku T, w pierwszomajowej manifestacji. Było kolorowo, wesoło. Papierowe flagi, balony, orkiestra, słońce, gołąbki pokoju na kijach. Mnóstwo uśmiechów. Atmosfera majówki. A w drodze powrotnej delicje z ciężarówki i spacer do domu polną drogą. T w okularach na pół twarzy, gwiazda, moja przodowniczka pracy, stylu i urody.

T to kobieta z plakatu. Pracowita do bólu. Na traktorze poradziłaby sobie z palcem w uchu. Tryskająca pogodą i optymizmem, choć nie zawsze wkoło jest wesoło. Zrywająca się z rana po świeże bułki dla rodziny. Pełna energii, gotowa na kolejny spacer z wnuczką, wypad na basen, w góry.
No i, oczywiście, zawsze dobrze ubrana :-)

Jej stroje służbowe, które wyszły spod mojej maszyny, mogłyby spokojnie wystąpić na pokaźnej Paradzie Odzieży Pracowniczej. Na tej majowej manifestacji zaprezentowała się tylko Oficjalna Delegacja. Złożona z czynników najstarszych (jak czarny długi surdut Ebenezera Scrooge'a, który ma już około 15 lat stażu i prawo do wcześniejszej emerytury), najmłodszych (też czarny, Atłasowe Klapy) oraz przedstawicieli poszczególnych wydziałów: Sztruksowy Haft, Szalowy Kołnierz i Uniwersalna Szarość.

A wszystko zaczęło się, gdy pewnego dnia, za jednym zamachem, T zapewniła mi pracę na etacie przy kompie i praktykę w produkowaniu pracowniczych strojów.
Czterdzieści księgowych!!! (Na szczęście nie wszystkie pragnęły moich amatorskich usług). A każda z inną figurą, każda oryginalna, zwykle nieprzystająca do sklepowych uniwersaliów.

Dzięki kolejnym zamówieniom, opanowałam, jako tako, produkcję garsonek, żakietów, a przede wszystkim spodni. Współpraca z T wyklarowała mój wzorcowy, sztandarowy wyrób - damskie spodnie. Z zamkiem z boku, na kant. Dopasowane w biodrach. Z dobrze opiętą pupą. Szerokie nogawki. I długie, zakrywające buty. W szafie T znalazłoby się kilka wariacji na ten temat. Może jeszcze w kilku innych szafach poniewierają się zapomniane wyroby?

Ile się tych spodni naszyłam? Trudno dziś to policzyć. Danusia, Basia, Agnieszka, Asia, Irenka, Gosia. I Renia, z nią zawsze był największy ubaw :-)

Ale o tym może przy innej okazji...

wtorek, 27 kwietnia 2010

Zielono mi

A kiedyś, podobno, ludziom za jedyny przyodziewek służył figowy liść ;-)
W naszym klimacie byłoby dość trudno utrzymać ten trend. Przez pół roku trzeba by korzystać z zapasów bielizny z lodówki:-) No i ten chłód w listopadowy wieczór. Brr... Całe szczęście, że każda moda w końcu mija.

Jednak, jak się wiosna wokół panoszy, łatwo zrozumieć ten pęd do ubierania się zielenią. Kiedy wszystkie rośliny przypominają sobie, że można się nieźle przystroić w liście. A drzewa, te wielkie, poważne, florystyczne persony, jak pannice z gimnazjum, zakwitają na różowo i biało. Głowę daję, że wiosną nawet Ewa Edeńska, oprócz stylowego listka, obnosiła hawajskie naszyjniki i kwiaty we włosach. A w taką kreację z liścia dałabym się ubrać z rozkoszą...



Koniec z porannym ponuractwem przed lustrem. Dosyć krytycznych osądów na temat własnej bladości, włosów bez połysku i steranej zimowej garderoby. Wiosna obudzi blask w oczach, uniesie fryzury, wyprostuje plecy. Niech klasyczne "Wyglądam jak strach na wróble" zamieni się w wielki komplement. Bo w kwietniowej oprawie nawet strach na wróble wygląda romantycznie, subtelnie i z klasą. Wiosną być strachem na wróble to nawet honor i zaszczyt. Stać na straży młodziutkich zielonych stworzeń :-)
Zatem ruszajmy między krzaki!

Najpierw, pośród bezkresnej szarzyzny, wyłaniają się nieśmiałe pędy. Tak młode, że nawet jeszcze nie nabyły właściwego koloru, oscylując między oseskową żółcią a szczypiorowatą zielonością. Dokładnie takie, jak drobne elementy kratki na szarej Plisowance:


Z dnia na dzień ożywają najbardziej egzaltowane i niecierpliwe magnolie. Jeszcze liścia nie wypuszczą, a już toną w olbrzymich kwiatach. Oda do piękna, pozbawionego zbędnych dodatków. Zestaw Magnoliowaty miał symbolizować tę prostotę. Pomysł zakładał szerokie spodnie z maksymalnie podwyższonym stanem - w roli pnia - i małą bluzeczkę z żorżety, obsadzoną jako kwiat. Ale stchórzyłam i wykombinowałam zestaw symulacyjny. Bluzka dłuższa a spodnie do talii. Razem dają efekt zbliżony do zamierzonego, jednak o niebo praktyczniejszy w użytkowaniu codziennym niż portki po pachy.


A potem rozkręca się karuzela. Kolejne rośliny włączają się do gry w zielone. Wszystkie liście są świeże, jeszcze wolne od miejskiego kurzu. Połyskują rosą. Ten połysk przyciągnął mnie do pistacjowego materiału w kwiaty. Troszkę brokatu. Jak poranny szron na trawie. Jak blask wąskich listków wierzby na wietrze. Forma musiała być prosta. Nawet guziki okazały się niepotrzebne. Wyrosło z tego Związane Wdzianko, bardzo wiosenne i dziewczęce.


Kwiecień kwitnie dalej, mocniej, dłużej. Nadciąga maj a wiadomo - w maju jak w gaju (raju?). Teraz dopiero dopadnie nas apogeum płatków, pręcików, pyłków, kolorów, kształtów i tekstur. I wszystkie odmiany zielonego. Orgia od marengo, mięty i jaśminu, przez groszki, seledyn i grynszpan po oliwki, szmaragd i malachit. Dysząca, gorąca zieleń. Prawdziwy busz, albo wersja dla mieszczuchów ;-)


W ramach zielonego orgazmu serwuję rozbuchaną Limonkową Falbaniastą. Trzy zmarszczone warstwy bawełny z koronką. Zrobiła takie wrażenie wśród rodzimych kobiet, że wyprodukowałam jeszcze kilka wersji - dla T, dla Basi i dla Magdy.
Towarzystwa napalonej kiecce dotrzymuje dżersejowa Dżungla. Materiału było tyle, że jeszcze T załapała się na podzwrotnikową kreację. Znów prosta forma, bo przy takich wzorach kombinowanie z wykrojem to grzech pierworodny. Tylko marszczenie pod biustem i portfelowa góra.

I dusza robi się gorąca i wilgotna jak las tropikalny, jak ogród edeński. Zielono mi!

niedziela, 11 kwietnia 2010

Baśniowo

Wyobrażam sobie inny, alternatywny świat. Przepiękną krainę, wypełnioną wielokolorowym tłumem kwiatów. Szemrze wodospad. Powietrze drży trzepotem skrzydeł niezliczonych kolibrów. Wilgotno, srebrzyście, błyszczą listki bluszczu. Wokół ludzi w lekkich, powłóczystych, barwnych strojach, rozwiewa się słodki i świeży zapach kwiatów. Śpiewają ptaki.

W księżycowym blasku przechadza się T w zwiewnych, półprzezroczystych sukienkach. Delikatna żorżeta opływa miękko jej ciało. Pulsują kolory. Romantyczne, kobiece fasony podkreślają jej zgrabne kształty. Kwiaty na tkaninach rozwijają się jak żywe. T przegląda się w zaczarowanych zwierciadłach, w których zawsze jest smukłą, młodą dziewczyną.


O tej krainie myślę, ilekroć T prosi mnie o eteryczną sukienkę. T, której praktyczny i sportowy styl ubierania się zawsze na pierwszym planie stawia wygodę. T, która najlepiej czuje się w spodniach i w męskiej koszuli. T, w której, od czasu do czasu (zwykle pod wpływem zaproszenia na ślub w rodzinie), budzi się Kopciuszek.


W uszytych przeze mnie sukniach, niczym królewna z bajki, T paraduje pośród bukietów i blichtru. Tańczy walca i wsuwa z wdziękiem weselny tort. Pozuje do pamiątkowych zdjęć. A nad ranem, zmęczone zabawą, kreacje lądują w szafie. I więdną jak kwiaty. To ich pierwszy i ostatni bal.
Lubię tę fantazyjną stronę T mam nadzieję, że poprosi mnie jeszcze o wiele baśniowych kreacji:-)


Jakiś czas później, praktyczna wersja T próbuje przeforsować swój niezatapialny pomysł przecięcia sukienki w połowie i przerobienia na bluzkę i spódnicę. Żeby było wygodniej. Nie pozwalam na takie fanaberie. Jej sukienki-bajki są z innego świata. Lepiej, żeby zakwitły tylko raz, jak paproć w lesie, niż błąkały się, zagubione, w naszej brutalnej rzeczywistości.

Tę historię należałoby opowiadać w jakimś tajemniczym, obcym języku. Może po duńsku, w duchu Andersena. Albo po niemiecku, w języku braci Grimm i Nibelungów. Bo to legenda o Nibylandii, o krainie po drugiej stronie lustra. Na drugim końcu tęczy. Druga gwiazda na prawo, i prosto, aż do poranka. Aby polecieć, wystarczy Cudowna Myśl i trochę Wróżkowego pyłu.

W sferze baśniowych sukienek T wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Tu nikt nie cierpi i nikt nie umiera. Nie ma katastrof.

Ale świat baśni, podobnie jak nasz, bywa również straszny, krwawy i tragiczny. W nim też ludzie giną nagle, pozostawiając żywych w trwodze i rozpaczy. Wtedy wystarczy zamknąć książkę, by wyrwać się z dramatu. Chyba jednak warto doczytać do końca i poszukać sensu. Podobno zawsze jakiś jest.

sobota, 3 kwietnia 2010

Pisankowa Panienka i Wielka Baba

Z okazji Świąt Wielkanocnych, pragnę podzielić się moimi przepisami na świąteczne specjały. Pierwsza receptura, na Pisankową Panienkę, choć niełatwa, jest fenomenalnie znakomita w konsumpcji. Natomiast drugi z przepisów, na Wielką Babę, mimo oczywistych składników, bywa niesłychanie skomplikowany i podatny na kłopoty z niekontrolowanym rośnięciem.
A oto szczegóły:

Pisankowa Panienka:

Bierzemy dwa metry sztruksu w prążki. Piękne, kolorowe paseczki w odcieniach różu i fuksji, zapewnią nam świetną podstawę do pracy.
Z tkaniny wykrawamy elementy żakietu i spódniczki (bardzo ciekawy projekt, Pismo 2/2006). Na etapie wykroju, bierzemy pod uwagę obecność prążków, które nie tylko ułatwiają zadanie, ale i pobudzają wyobraźnię twórcy. Dlatego dodajemy własne ingrediencje w postaci poprzecznych szerokich mankietów.
Bez żalu rezygnujemy ze składnika zwanego podszewką, bo nasza potrawa jest przeznaczona na ciepłe, wiosenne dni.
Za pomocą jednej, jedynej przymiarki, dopasowujemy całość produktu do wdzięcznej sylwetki B. Żadnych jajek - niespodzianek nie trzeba dodawać.
Po kilku godzinach spędzonych pod maszyną, Pisankowa Panienka jest gotowa do konsumpcji. Wzrokowej, wszak B ma męża ;-)


Wielka Baba

To przepis na bluzkę, na który potrzebujemy około metra lekkiej, bawełnianej tkaniny. Przypadkowo, wzór i kolorystyka są podobne do Pisankowej Panienki.
Trzeba sobie jasno uświadomić, że produkt stwarza od początku wielkie trudności. Mamy rok 2006, J jest w zaawansowanej ciąży z synem Bartem. Projekt musi uwzględniać ten fakt.
Wykrawamy, za pomocą papierowych wykrojów i dużych nożyczek, składniki tego dania
- portfelową część stanika
- krótkie, zgrabne rękawki
- szeroką część dolną, odcinaną pod biustem,
- dwa długie paski, do zawiązywania z przodu lub z tyłu
Po wstępnym przygotowaniu, umieszczamy J w wewnątrz, jak tancerkę w torcie urodzinowym. Niestety, na tym etapie, przepis okazuje się stanowczo nietrafiony. Wielka Baba nie urosła nam do zakładanych rozmiarów formy. Konieczne są poprawki w ilości składników.
Po stosownych pomniejszeniach, zapraszamy J na kolejną próbną degustację, a czas już najwyższy, bo to produkt na wesele w rodzinie, które nadciąga.
Mimo życzliwych działań ze strony własnego męża Wojtka, polegających na siłowej próbie podciągnięcia krytego zamka i konstruktywnej propozycji wciągnięcia brzucha, J nie mieści się w prążkowanej brytfance...
Za bardzo nam wyrosła? Oj, wydaje mi się jednak, że zbyt mocno okroiłam ten przepis. Proponuję używać składników rozumnie, biorąc pod uwagę zmienne rozmiary Bab, którym na wiosnę pęcznieją brzuchy oraz własne możliwości warsztatowe.

Niestety, nie pozostała po nim żadna fotografia.

(A jednak mi się upiekło!
J postanowiła odzyskać zainwestowane finanse i wystawiła produkt na sprzedaż w internecie, zakładając, że jakaś inna Wielka Baba będzie bardziej pasować do formy. Szybko założyłam tajne konto, i po kilku wymianach maili, wylicytowałam własny, zakalcowaty wyrób. Po kolejnej przeróbce, służył mi jeszcze kilka lat.
Nie wiedziałam wtedy, że to dopiero początek wielkiej odysei. Że antyklientka J pozostanie dla mnie niepokonanym wyzwaniem, że mimo licznych prób, nie uda mi się - jak dotąd - upichcić dla niej sensownego stroju. O szczegółach kiedy indziej. Ale dopóki piłka w grze... Nie poddam się.)

Życzę Smacznego Święconego, a zwłaszcza Wielkanocnych Jaj i Bab ;-)

poniedziałek, 29 marca 2010

Wiosna, panie sierżancie

Opowieść o spodniach mojej roboty, pozostających na ciężkiej służbie w jednostce K.

Występują:

Zakrótki - najstarsze, spośród żyjących, spodnie K. Niegdyś zielone. Nogawki od początku na bakier z długością, potem tylko gorzej.

Chemik - bezpośredni następca, także zielony. Oryginał. Sporo kieszeni, zaszewki w kolanach i połowa szwów na lewą stronę.

Khaki - spodnie zeszłoroczne. Kieszenie po bokach i odpinane na zamek nogawki dają im pierwszeństwo we wszelkich spływo-żeglarsko-leśno-ogniskowych pochodnych harcerstwa.

Pustynna Burza - letnia wersja unisex. Kolor piaskowy, materiał lekki. Bardzo szerokie nogawki stały się kiedyś przyczyną dość zabawnego wypadku.

Galowy - kamuflaż dekoracyjny, w wersji biało-czarnej, wyjściowej. Design stylowy, zamki na wierzchu i czarne paski dla ozdoby.

niedziela, 21 marca 2010

Guns N'Roses


O wiosno! kto cię widział wtenczas w naszym kraju,
Pamiętna wiosno wojny, wiosno urodzaju!

O wiosno! kto cię widział, jak byłaś kwitnąca


Tyle wieszczu Mickiewicz. Dlaczego wiosna i wojna razem? Skąd u nas historyczne koneksje kwiatów i broni? W rodzimej twórczości ludowo-patriotycznej, co i rusz wyrastają takie korelacje. Rozkwitają pąki białych róż, a Jasieniek wciąż nie wraca z wojenki . Na Monte Casino kwitną czerwone maki. A chabry są, oczywiście, z poligonu.

U nas, w Polsce, wiosną kobiety wiły wianki a mężczyźni czyścili broń. Ruszały hufce krokusów i żołnierzy. Jak tylko puszczały mrozy i wysychały pośniegowe błota, rozkwitały wiosenne ofensywy na obydwu frontach. Tym kwiatowym, i tym wojskowym.

Jeśli chodzi o front roślinny, sprawa jest prosta. Zakwitający świat jest świetną inspiracją dla mody. W wiosennych trendach co roku pojawiają się łączki, róże i inne bukiety. Tak było, jest i będzie. Nie ma tu żadnej filozofii. My, kobiety, po prostu lubimy rozkwitać :-)



Materiał na dwie Kwiatostanowe sukienki kupiłam, bo przypominał mi obrus w róże, z którego dawno temu uszyłam hippisowską kieckę do ziemi. Podobnie jak Scarlett o'Hara, która w czasie wojny secesyjnej machnęła kreację z zasłony, miałam niegdyś przyjemność uszyć sukienkę z tkaniny obiciowej a także z flanelowych kalesonów, o czym może kiedy indziej :-)

To też dla nas, kobiet, cecha znamienna - potrafimy sobie poradzić w najróżniejszych warunkach i wykorzystać to, co jest pod ręką. No bo skąd w ogóle wziął się w modzie trend militarny, który znów tej wiosny bezpardonowo zaatakował nasze szafy? W czasie II Wojny Światowej, wobec kryzysu i nawoływania do poświęceń, kobiety zakładały mundury, a te które zostały w domu szyły ubrania z wojskowych battledressów. Po każdej stronie frontu, babki umiejętnie przeszywały żołnierskie kurtki na żakiety, wykorzystywały armijne plecaki i pasy. Potrzeba matką wynalazków. A potem ruszyły w świat długie kolumny bojowych sukienek ;-)



O ile Kwiatostanowa była dla B wiosenną niespodzianką, o tyle sukienki-Żołnierki projektowałyśmy razem. To było bardzo fajne i twórcze zajęcie, które wspominam z przyjemnością. Usiadłyśmy z kilkoma numerami Pisma i - omawiając każdy szczegół po kolei (patki, kieszonki, kontrafałdy) - stworzyłyśmy projekt naszej własnej sukienki militarnej. B wybrała czerwień, w której wygląda jak brytyjski generał. Mnie przypadł maskujący zielony, w którym przypominam rekruta. No cóż, w wojsku obowiązuje przecież ścisła hierarchia.

Nasze sukienki wiszą w szafach daleko od siebie. Czasem, może w nocy, westchną z tęsknoty. Czekają - jak ich właścicielki - na kolejne spotkanie, na radość oraz dyskretną lustrację, czy ta druga aby dobrze wyprasowana, czy nie przyplątała się jej jakaś plamka albo nie odpruł podkład. Tylko takie problemy mogą mieć współczesne kreacje.

I, chociaż wokół wiosna radosna i wypada tylko wpaść w zachwyt między kwiecie, może warto wspomnieć inne czasy. Kiedy nie było beztroskiej zabawy przy tworzeniu militarnej kiecki. Kiedy szyciu towarzyszył lęk o najbliższych, o przyszłość, o życie. A zmartwieniem sukienek mogło być to, czy w ogóle się spotkają. Czy nie zostaną zniszczone, poszarpane, splamione krwią...

Wśród feerii wiośnianej, jedna chwila dla kobiet, które swoją wiosnę poświęciły czemuś bardzo ważnemu. Gdzie bylibyśmy, gdyby nie one?