Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morze. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 października 2010

Świnki trzy

Były sobie świnki trzy... sport, muzyka oraz gry, oraz gry to my!

Dla tych przed trzydziestką coś z archiwum:



Tę piosenkę śpiewają a capella polary, które uszyłam dla K. Jeden gwiżdże, drugi nuci a trzeci pomrukuje basowo. Raźno się żyje w takiej gromadce, chętnej zawsze do harcerskiego wypadu na żagle, na motor, na spływ czy do knajpy.

Dlaczego aż trzy?
Pierwszy z wielkiej miłości, drugi przy okazji a trzeci mocno naciągany...

K zamówił polar dopasowany do figury, ponieważ sklepowe wyroby przypominają na nim wór po ziemniakach. Pierwszy egzemplarz z małą stójką, zapinany na zamek rozdzielczy, okazał się dziełem udanym. Z rozpędu i nadmiaru polarowej tkaniny, uszyłam mu zaraz drugi okaz. Bardziej wypasiony, w formie bluzy, wyposażonej w raglanowe rękawy i golf z asymetrycznym suwakiem. Jakiś czas później dowiedziałam się, że pierwszy, mocno zryty polarowy zwierz już dogorywa i cierpi na zamkowe dolegliwości. Niewiele myśląc zakupiłam kolejne polarne metry i skroiłam trzecią sztukę, urozmaiconą większą stójką i wykończeniami własnego pomysłu.

Zbyt późno skonstatowałam, że szelma K trochę nagiął rzeczywistość. Pierwszemu okazowi właściwie nic nie dolegało. Mała akcja igłą przywróciła mu zdrowie. K po prostu lubi mieć więcej.

I biegają świnki trzy, od Bałtyku po Tatry. Niech się bawią, brudzą, szmacą, tarzają i świnią. Póki ich frontowe życie K nie zmęczy.

środa, 22 września 2010

Ostatni dzień lata



Sen na plaży. Człowiek zapada w niego jak w głęboki ocean. Mewy pokrzykują z daleka, z innego świata. Rozgrzane ciało. Ciepły piasek w zagłębieniach dłoni, na wargach. Pobudka jest trudna, jak mozolny powrót z wędrówki po wydmach. Trzeba odkleić spoconą skórę. Na ramieniu mokra pieczątka śliny. Twarz wymięta. Wszystko jakieś obce, nowo narodzone. Zagubiona we własnym ciele, upalona słońcem, zamroczona. W pierwotnym odruchu zmierzam do morza. Zanurzam ciało w chłodnej wodzie, w jednej chwili odzyskując samą siebie.

Uwielbiam ten stan. I ten sen bezdenny, w studni nieba. I przebudzenie pijane, pulsujące w skroniach. I roztapianie się w turkusowym szkle.
Morze działa na wszystkie zmysły równocześnie. Jak seks. Gęsta, sensualna, oniryczna aura. Pusta plaża, słońce w zenicie, tylko ja... I on. Dwie dusze, dwa ciała. “Ostatni dzień lata”.

Szukając tej sennej, zmysłowej atmosfery, pokusiliśmy się o remake fotosu z filmu. Na oryginale Jan Machulski w czarnym swetrze i Irena Laskowska w pasiastej, szerokiej spódnicy. W naszej wersji On występuje w bieli, (koszula i spodnie made by eMMa) a Ona w niespełnionym kombinezonie z niebieskiej bawełny. Te dwa kolory symbolizują wszystko, co w lecie najważniejsze - niebo i chmury, morze i fale. I trochę nostalgii.

Swoją drogą, niezły pomysł na popołudnie. Pozycja, jaką aktorka przyjęła na zdjęciu, jest piekielnie niewygodna. Trudna do uchwycenia. Podobnie jak nieobecne, melancholijne spojrzenie Machulskiego. Ta zabawa ma w sobie coś z Kamasutry i coś z przedszkola. Trudno też, cytując mistrza być jednocześnie twórcą i tworzywem, nie wspominając o jego dylematach związanych z czteroliterową częścią ciała.
Nasza fota epatuje widza przede wszystkim pierwszoplanową, wielką d... Wyszło zatem dość dosadnie erotycznie. Może to jednak też swoista metafora. Tyle nam lato pokaże, aż do następnej edycji.

p.s.
Proponuję jeszcze jedną zabawę. Tak, wiem, że “Ostatni dzień lata” to film o trudnych i smutnych sprawach, rozliczeniach z wojną i z wielką stratą. Ale może by tak pozwolić sobie na swobodniejszą interpretację? Wyobraźmy sobie, że On to zwykły człowiek, jedermann, każdy z nas. A Ona to lato...

niedziela, 5 września 2010

Sen o surfingu

Lato... Ktoś je widział ostatnio?

W programie letnim coś się wyraźnie spieprzyło, może padła grafika, albo procesor się przegrzał od upałów. Nie wiadomo. Efekt jest taki, że projekt wysypał się przed końcem akcji, choć można było jeszcze sporo z niego wycisnąć.
Bez aplikacji “Lato.2010” jesteśmy skazani na mokre i zimne demo jesienne :-(

Pozostają wspomnienia, wyobraźnia lub sny.
A może nie ma między nimi różnicy?

Oczyma duszy wspominam to miejsce, w którym noce są ciepłe, a dni wypełnione słońcem i bryzą. Moja nowa sportowa sukienka świetnie się tu spisuje. Ma długi zamek z przodu, więc można ją błyskawicznie wkładać. Kaptur chroni przed słońcem. Gumki zapewniają wygodę i luz. Wymiana mokrych kąpielówek przestaje być plażową zmorą. Każdy, kto miał sposobność przebierania się pod ręcznikiem, wie, jaka to komiczna i niebezpieczna ekwilibrystyka.
Ta sukienka to emanacja komfortu, sportowego ducha i plażowej swobody.

Jest piękny poranek. Prosto z objęć Morfeusza wskakuję w bikini, w sportową kieckę i ulubione gumowe krokodyle. Łapię deskę pod pachę i lecę na plażę, łapać fale. W pędzie porannym zapominam o kawie, o kocie, o mężu. Zapominam o całym bożym świecie.
Istnieje tylko surfing.

Upss.
Mój prywatny architekt snów, mój nadworny grafik i cudotwórca właśnie postanowił sobie zażartować, wpychając mi pod pachę, zamiast surfingowej, deskę do prasowania :-) No cóż, jako krawcowa marząca o surfowaniu, powinnam zakasać rękawy i rzucić się w morską toń na moim wypróbowanym, niezawodnym sprzęcie!
We śnie przecież wszystko jest możliwe. Może dziś zaliczę swoją pierwszą jazdę w tubie?

W filmie "Incepcja", każdy z bohaterów, wkraczających świadomie w marzenia senne, dysponuje totemem - niewielkim przedmiotem, którego obecność i szczególne właściwości pozwalają odróżnić sen od jawy.
Okazuje się, że ja także mam totem. Bo kto mi wytłumaczy racjonalnie, dlaczego po domniemanym śnie o surfingu znalazłam w przedpokoju moje błękitne krokodylki, wypełnione plażowym piaskiem?

Wygląda na to, że resztę lata musimy dośnić sobie sami. Wszystkie nieprzepłynięte akweny, niegrillowane kiełbasy, nieskonsumowane romanse...
Zatem, dobranoc... ;-)

wtorek, 24 sierpnia 2010

Morskie opowieści

Kiedy rum zaszumi w głowie,
Cały świat nabiera treści,
Wtedy chętniej słucha człowiek
Morskich opowieści.

Kto chce, ten niechaj posłucha,
A kto nie chce, niech nie słucha,
Bo jak balsam są dla ucha
Morskie opowieści.

Hej, ha! Kolejkę nalej!
Hej, ha! Kielichy wznieśmy!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom.

Korci mnie, jak przedszkolaka,
Aby cały wpis zrymować,
Sklecić szantę o mych gatkach,
I kombinezonach.

Oto nowe Wdzianko W Paski,
Ma wdzięk bardzo skandynawski,
Cały Bałtyk objechało,
I jeszcze mu mało.

Kiecka Grecka niezła latem,
Z wykręconym węzłem z przodu,
Dobra do zwiedzania Aten,
Troszkę jest w niej chłodu.

Na Eginie Zestaw Chiński
Chciał pojeździć na skuterze
Lecz zapomniał prawa jazdy,
Jeździł na rowerze.

W Pireusie prom na Rodos,
Już opuszczał portu pale,
Dogoniła go załoga,
i Sukienka W Fale.

Biały Kaptur służy głowie,
Gdy upalnie na Cykladach,
Tuba W Kwiatki w Kryspinowie,
Nieźle się układa.

Kombinezon, strój bogini,
Ciągle czeka na swą szansę,
Marzy o wyspach Bikini,
... liczy na Lufthansę???

Hej, ha! Kolejkę nalej!
Hej, ha! Kielichy wznieśmy!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom.

środa, 23 czerwca 2010

Kocham Wolność

Dziś mija 10 lat nieobecności Bogdana Łyszkiewicza



Zwykle czuję palącą, żółtą zawiść, gdy natykam się na czyjeś trafne sformułowanie, zgrabne zdanie. I podziw, i zachwyt. Dlaczego ja nie wpadłam na taki zestaw słów, który sprawnie i pięknie oddaje istotę rzeczy? Nie zazdroszczę innym ciuchów, samochodów, pieniędzy, domów, mężczyzn, ani żadnej rzeczy, która jej/jego jest.
Ale słów - bardzo.

A jednak z tą piosenką jest inaczej. Żadnej zazdrości. Po prostu jest moja, podpisuję się pod każdym słowem, pod każdym wersem. Buddyjsko prosta, bezpretensjonalnie filozoficzna.
Ta piosenka jest wszystkim. Moim credo.

Jeśli jest tak uniwersalna, jak twierdzę, dlaczego nie miałaby stać się inspiracją do stworzenia ubrania? Czy można coś uszyć, aby na swój sposób oddać hołd piosence i jej autorowi? Postanowiłam spróbować. Ale najpierw pomyśleć :-)

Co to jest wolność? Tyle mądrzejszych głów kombinowało nad tą kwestią. Piękną i groźną. Erich Fromm uciekał od wolności, Marczewski z kina "Wolność". Św. Jan twierdził, że prawda was wyzwoli (J 8, 32), co potem straszliwie przeinaczyli naziści na bramach swoich obozów koncentracyjnych...
Stop! Im więcej przykładów, tym większy mętlik, tym więcej sroczych ogonów wymyka się z dłoni.

A jednocześnie mam przecież prawo, jak każdy człowiek, do szukania osobnej, własnej definicji. W zakamarkach duszy. W wielkiej torbie wspomnień. W emocjach, związanych z tym słowem.

Lata osiemdziesiąte. Moje pierwsze prawdziwe dżinsy, wranglery z Peweksu. Za dolary, ciężko wycyganione od Ojca.
Zwykły, szary człowiek w dżinsach od razu stawał się kimś. Czuł na opiętym tyłku więź z tym dalekim, innym światem, z mitycznym Zachodem, gdzie podobno piło się piwo z puszek a soki owocowe z kartonów.
Nie szpanowały polskie teksasy, "szariki", jak nazywał je mój Ojciec. Z materiału tak sztywnego, że po uszyciu spodnie stały same, bez użytkownika. I za nic nie dawały się wytrzeć, nawet tarcie pumeksem w wannie nie pomagało. Prawdziwą wolność można było poczuć tylko w oryginal, trademark jeans, made in USA :-)

Skoro w mojej głowie dżins jest tak nierozerwalnie związany z hasłem wolności postanowiłam sprawdzić, co myślą o tym moi najbliżsi.

Na prośbę o pierwsze skojarzenie ze słowem "dżins", Gosia W. i K odpalili - "kowboj". Cudownie. Szerokie przestrzenie Dzikiego Zachodu. Malownicza amerykańska wolność swobodnego jeźdźca, który kieruje się w stronę zachodzącego słońca. Just my rifle, my pony and me :-)
Basia i Gosia P. wrzuciły mi do puszki słowo "spodnie". Banalnie? Skądże! W ustach kobiety to synonim możliwości własnej wypowiedzi, prawa do pracy i dostępu do życia publicznego. Kobieta w spodniach ze swobodą i odwagą wsiada wygodnie na konia, na motor. I nie musi, jak pensjonarka, pilnować złączonych kolan w autobusie.
Kobieta w spodniach to symbol wolności nowoczesnego świata.
Ania podpowiedziała enigmatycznie - kolor. Anetta sprecyzowała ten trop - niebieski. Kieślowski byłby wniebowzięty. To on przypomniał, za Rewolucją Francuską, że wolność ma kolor niebieski. Kolor, który kochają wszyscy politycy, bo na jego tle wydają nam się trochę bardziej strawni. Kolor morza i nieba, przestrzeni wolności. Barwa Dzieci Indygo.

Dostałam też odpowiedzi z zupełnie innej beczki. Zdumiewające lub do bólu proste.
B na hasło "dżins" widzi klasyczną (a słowo klasyczny nie oznacza tu stylu Coco Chanel, lecz klasykę dżinsową) sukienkę z krótkim rękawem, zapinaną na guziki. To zrozumiałe, B urodziła się aby nosić sukienki i czuć się w nich komfortowo i swobodnie.
"Guzik" to pierwsze słowo, jakie nasunęło się Mirkowi, bo dżinsy były jego pierwszymi spodniami z guzikiem. Oczami wyobraźni widzę tego młodziutkiego chłopca, jak dostaje swoje pierwsze dżinsy, zapinane na guzik, co oznacza, że może swobodnie opuścić podwórko, gdzie biegał w dresach i poznawać na własną rękę blaski i cienie tego świata.
Ćwieka w wykluwającej się teorii wolności zabił mi Karol, podrzucając słówko "ćwiek". Jaką drogą mam wyprowadzić metalowe akcesorium na ścieżkę wolności? Pakować się w estetykę rockową? A może lepiej "nit"? Od nitu prosta droga do statku, od statku do morza, a od morza do wolności już prosta szosa.
Nie pomogła też J, która tradycyjnie stanęła okoniem i wypaliła: "dupa".
Chociaż, hmmm, jakby tak pomyśleć, to coś w tym jest ;-)
Jeszcze dalej poszła T, która stwierdziła stanowczo, że dżins z niczym się jej nie kojarzy. To jest dopiero wolność!!! Absolutna swoboda wypowiedzi i poglądów, która pozwala sobie nawet na totalną, bezczelną i absolutną niezależność niemyślenia.

Przetrawiłam to wszystko w łebowym komputerze. Odpadły dżinsy, skoro tylko firmówki gwarantują efekt. Porzuciłam hippisowską długą spódnicę z falbanami, skoro nie daje swobody na motocyklu. Po dłuższym zawieszeniu mój umysł wypluł wynik:

Kombinezon dżinsowy.


Ciuch ludzi pracy. Strój robotnika, co o wolność dobija się strajkiem. Czarnego niewolnika, gdy zmuszany do pracy batem, marzy o wyzwoleniu. Lotnika, który hasa na niebie, wolny jak ptak.

Dlaczego w mojej głowie wolność idzie w parze z pracą? W końcu jak to jest: praca zniewala czy czyni wolnym? Jak mawia mój Ojciec - urlop nie smakuje tak bardzo na emeryturze. Tylko praca winduje tę taryfową wolność na piedestały.

A właśnie wybieram się na urlop. Za kilka dni, aż do połowy lipca, wolność będzie miała dla mnie smak Bałtyku, zapach lasu i dźwięk motocyklowego silnika. A kiedy podnosi się głowę i widzi dwie ściany drzew, przedzielone błękitnym niebem i rzeką szosy, człowiek czuje, że wystarczy rozpostrzeć ręce, aby odlecieć jak ptak. Może przyda się lotniczy kombinezon...

A tam, wysoko, między chmurami, jak dobry duch Bogdan czuwa nad tymi, co kochają wolność. Pewnie co dzień odstawia solówki w anielskim chórze. I założę się, że pod haftowaną białą koszulą nocną, nosi swoje stare, wytarte dżiny ;-)

p.s. dla Ojca

Tato, posyłam Ci linka. Jeśli dotarłeś aż tutaj, jesteś wielki :-)
W nagrodę składam Ci serdeczne gratulacje z okazji Dnia Ojca.
Jesteś najbardziej pracowitym człowiekiem, jakiego znam (i jest to komplemet, dla jasności).
Wśród efektów Twojej pracy jestem też ja, a zatem i to, co wyprawia się na tym blogu. Mam nadzieję, że nie przynoszę Ci wstydu.
Dziękuję ;-*
A jak ktoś nie pamięta, jaką rolę odegrał mój Ojciec w przygodzie z krawiectwem, odsyłam do wstępniaka ;-)