Tymi słowami zwraca się do mnie J, ilekroć moje nowe wdzianko wzbudza jej zainteresowanie. Odzywka może oznaczać, że ciuch jest wyjątkowo:
* kiczowaty
* wyrafinowany
* szykowny
* tandetny
Albo wszystko naraz.
Nadal nie wiem, czy jest to komplement, czy obelga. Trzeba zatem wywołać wilka z lasu. Śmiało stawić czoła twórczym inwektywom J, prowokując je świeżo wydziwaczoną kreacją.
Materiał nie wypadł sroce spod ogona - pochodzi ze spontanicznych, kratkowanych zakupów T, w wyniku których stała się posiadaczką ekscentrycznej Lady Peleryny. Do kompletu musiało powstać coś bzikowatego. Jakieś okrycie z pogranicza sztuki i kiczu, ze skrzyżowania cyrku, sportu i kabaretu. Główkowałam całą jesień. Aż nadeszło olśnienie, najprostsze rozwiązanie, co czaiło się od samego początku. Holiday on ice, oczywiście. Łyżwiarstwo figurowe!
Niech mi kto pokaże bardziej cudaczną dyscyplinę. Czy to jeszcze sport, czy już może teatr albo rewia? Żeby było jasne - mnie ta dziwaczność akurat nigdy nie przeszkadzała. Miałam, swego czasu, nagrane na kasetach wideo, pokazy z trzech kolejnych olimpiad. Jeden Brian Orser, drugi Boitano, Wiktor Petrenko, Philippe Candeloro, Klimowa i Ponomarienko, Maria Butyrska, Gordiejewa i Grinkow, Surya Bonaly, rodzeństwo Duchesnay... Mogłabym tak długo. Wspominam ich z rozrzewnieniem, jak starych znajomych, z którymi zerwał się kontakt. Spełniali moje marzenia.
Na razie, z braku czasu, kariera na lodzie nie jest mi pisana. Może później, to przeskoczę od razu do zawodowców. No i muszę sprawić sobie łyżwy.Te, w których onegdaj pomykałam po miejskich ślizgawkach (kiedy dotyczył mnie jeszcze obowiązek szkolny oraz prawo do zimowych holiday on ice), zaginęły w odmętach czasu. Tymczasem postanowiłam zainwestować w odpowiedni kostium, w którym będę mogła spokojnie budować formę.
Żadnych tiuli, cekinów, pończoch na ramionach i białych majtek na wierzchu, umówmy się, że nie o ten rodzaj doznań wizualnych chodzi. Raczej o wygodny, elegancki strój sportowy, który pozwoli mi przeskoczyć etap nauki, ominąć fazę mistrzowowską i od razu wkręcić pirueta do kabaretu. W którym mogłabym sunąć bez kompleksów obok Kurta Browninga.
Z powagą i kpiną, dystyngowanie i frywolnie. Z dziką frajdą.
Wygłup? Tak, ale z klasą. Ten facet był cztery razy mistrzem świata!
Kombinezon Holiday on Ice, z czerwoną podszewką i osobnymi mankietami, spełnił wszystkie moje wymagania. Co prawda, w trakcie debiutu towarzyskiego, okazało się, że nie jestem w stanie korzystać samodzielnie z łazienki. Zamek z tyłu, długi od szyi po tyłek. Uratowała mnie pomysłowość K. Suwak został zaopatrzony w smyczkę, jak rasowy kostium płetwonurka czy innego sportsmena. Czerwoną, z napisem 100 LAT WISŁY KRAKÓW. Niech żyje sport!
Tylko, nie wiedzieć czemu, na widok nowego wdzianka, J nie wypaliła swojej sztandarowej maksymy. Nic nie powiedziała. Czyżby ją zatkało? To prawie niemożliwe. Chyba, że naprawdę przekroczyłam wszelkie dopuszczalne normy. Zatem udało się, do zobaczenia na lodzie :-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kombinezon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kombinezon. Pokaż wszystkie posty
środa, 26 stycznia 2011
środa, 22 września 2010
Ostatni dzień lata
Sen na plaży. Człowiek zapada w niego jak w głęboki ocean. Mewy pokrzykują z daleka, z innego świata. Rozgrzane ciało. Ciepły piasek w zagłębieniach dłoni, na wargach. Pobudka jest trudna, jak mozolny powrót z wędrówki po wydmach. Trzeba odkleić spoconą skórę. Na ramieniu mokra pieczątka śliny. Twarz wymięta. Wszystko jakieś obce, nowo narodzone. Zagubiona we własnym ciele, upalona słońcem, zamroczona. W pierwotnym odruchu zmierzam do morza. Zanurzam ciało w chłodnej wodzie, w jednej chwili odzyskując samą siebie.
Uwielbiam ten stan. I ten sen bezdenny, w studni nieba. I przebudzenie pijane, pulsujące w skroniach. I roztapianie się w turkusowym szkle.
Morze działa na wszystkie zmysły równocześnie. Jak seks. Gęsta, sensualna, oniryczna aura. Pusta plaża, słońce w zenicie, tylko ja... I on. Dwie dusze, dwa ciała. “Ostatni dzień lata”.
Szukając tej sennej, zmysłowej atmosfery, pokusiliśmy się o remake fotosu z filmu. Na oryginale Jan Machulski w czarnym swetrze i Irena Laskowska w pasiastej, szerokiej spódnicy. W naszej wersji On występuje w bieli, (koszula i spodnie made by eMMa) a Ona w niespełnionym kombinezonie z niebieskiej bawełny. Te dwa kolory symbolizują wszystko, co w lecie najważniejsze - niebo i chmury, morze i fale. I trochę nostalgii.
Swoją drogą, niezły pomysł na popołudnie. Pozycja, jaką aktorka przyjęła na zdjęciu, jest piekielnie niewygodna. Trudna do uchwycenia. Podobnie jak nieobecne, melancholijne spojrzenie Machulskiego. Ta zabawa ma w sobie coś z Kamasutry i coś z przedszkola. Trudno też, cytując mistrza być jednocześnie twórcą i tworzywem, nie wspominając o jego dylematach związanych z czteroliterową częścią ciała.Nasza fota epatuje widza przede wszystkim pierwszoplanową, wielką d... Wyszło zatem dość dosadnie erotycznie. Może to jednak też swoista metafora. Tyle nam lato pokaże, aż do następnej edycji.
p.s.
Proponuję jeszcze jedną zabawę. Tak, wiem, że “Ostatni dzień lata” to film o trudnych i smutnych sprawach, rozliczeniach z wojną i z wielką stratą. Ale może by tak pozwolić sobie na swobodniejszą interpretację? Wyobraźmy sobie, że On to zwykły człowiek, jedermann, każdy z nas. A Ona to lato...
wtorek, 24 sierpnia 2010
Morskie opowieści
Kiedy rum zaszumi w głowie,
Cały świat nabiera treści,
Wtedy chętniej słucha człowiek
Morskich opowieści.
Kto chce, ten niechaj posłucha,
A kto nie chce, niech nie słucha,
Bo jak balsam są dla ucha
Morskie opowieści.
Hej, ha! Kolejkę nalej!
Hej, ha! Kielichy wznieśmy!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom.
Korci mnie, jak przedszkolaka,
Aby cały wpis zrymować,
Sklecić szantę o mych gatkach,
I kombinezonach.
Oto nowe Wdzianko W Paski,
Ma wdzięk bardzo skandynawski,
Cały Bałtyk objechało,
I jeszcze mu mało.
Kiecka Grecka niezła latem,
Z wykręconym węzłem z przodu,
Dobra do zwiedzania Aten,
Troszkę jest w niej chłodu.
Na Eginie Zestaw Chiński
Chciał pojeździć na skuterze
Lecz zapomniał prawa jazdy,
Jeździł na rowerze.
W Pireusie prom na Rodos,
Już opuszczał portu pale,
Dogoniła go załoga,
i Sukienka W Fale.
Biały Kaptur służy głowie,
Gdy upalnie na Cykladach,
Tuba W Kwiatki w Kryspinowie,
Nieźle się układa.
Kombinezon, strój bogini,
Ciągle czeka na swą szansę,
Marzy o wyspach Bikini,
... liczy na Lufthansę???
Hej, ha! Kolejkę nalej!
Hej, ha! Kielichy wznieśmy!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom.
Cały świat nabiera treści,
Wtedy chętniej słucha człowiek
Morskich opowieści.
Kto chce, ten niechaj posłucha,
A kto nie chce, niech nie słucha,
Bo jak balsam są dla ucha
Morskie opowieści.
Hej, ha! Kolejkę nalej!
Hej, ha! Kielichy wznieśmy!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom.
Korci mnie, jak przedszkolaka,
Aby cały wpis zrymować,
Sklecić szantę o mych gatkach,
I kombinezonach.
Oto nowe Wdzianko W Paski,
Ma wdzięk bardzo skandynawski,
Cały Bałtyk objechało,
I jeszcze mu mało.
Kiecka Grecka niezła latem,Z wykręconym węzłem z przodu,
Dobra do zwiedzania Aten,
Troszkę jest w niej chłodu.
Na Eginie Zestaw ChińskiChciał pojeździć na skuterze
Lecz zapomniał prawa jazdy,
Jeździł na rowerze.
W Pireusie prom na Rodos,Już opuszczał portu pale,
Dogoniła go załoga,
i Sukienka W Fale.
Biały Kaptur służy głowie,Gdy upalnie na Cykladach,
Tuba W Kwiatki w Kryspinowie,
Nieźle się układa.
Kombinezon, strój bogini,Ciągle czeka na swą szansę,
Marzy o wyspach Bikini,
... liczy na Lufthansę???
Hej, ha! Kolejkę nalej!Hej, ha! Kielichy wznieśmy!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom.
wtorek, 10 sierpnia 2010
Galeria_BB czyli Bojownik z Bujakowa
No, chyba nawet B nie spodziewała się takiej analogii :-)Łagodna, pogodna, dziewczęca B bojownikiem? Ale spróbujmy, może da się wyprowadzić to karkołomne porównanie.
Ku mojej wielkiej radości, specjalnie dla bloga, z odmętów szafy i pamięci, B wygrzebała ów strój oryginalny. Lata minęły od uszycia a on wciąż na chodzie.
Potocznie zwany przez właścicielkę pieluchomajtkami. Bawełniane, kombinezonowate wdzianko, ze skomplikowanym takielunkiem. Wiąże się toto troczkami na ramionach a potem plącze najpierw z przodu a potem z tyłu, kolejnymi sznurkami. Jakby powiedziała J - Można by tym pożeglować ;-)
Wzór bezczelnie odpatrzony z gotowej odzieży, odrysowany na podłodze. B wyposażyła go, od siebie, w koronkowy szydełkowy napierśnik, co dodało mu kobiecości.
Do tej pory uważałam, że pieluchomajtki są wyłącznie letnim, luzackim wariantem stroju typu casual. Plażowo-weekendowym. Ale niespodziewana sesja zdjęciowa skłoniła mnie do innego spojrzenia na swoje "dzieło".
Za tło posłużył nam mostek w przepięknym, nieszablonowym ogrodzie przyjaciół - Agnieszki i Irka z Bujakowa. Bliskie ogrodowe sąsiedztwo z tradycjami, zobowiązuje całą okolicę do wyjątkowych starań. Ale nawet właściciele tego barwnego kawałka ziemi i wody (kolorowych rybek w stawie) chyba nie spodziewali się, jaki potencjał drzemie w ich posiadłości.
Jak tylko B pojawiła się na mostku w swoich wyrafinowanych pieluchomajtkach, otoczenie zmieniło oblicze. Ogród zaczął przypominać japońskie drzeworyty. Jeden z tekstów dotyczących urządzania ogrodów japońskich (XI w.) mówi: ucz się od natury, lecz jej nie kopiuj. Trudne wyzwanie. Ale udało się. Plener zaakceptował swój nowy wizerunek i z wdziękiem przyjął pozę.
Dorzućmy świergot ptasząt, szum strumyka oraz zapach azalii, peoni albo wiśni. Ale i nie zapominajmy, że pod harmonijnym wizerunkiem kryje się zdecydowanie i bezwzględność przyrody. Oraz charakterek B. To nie wróżka z disnejowskiego lasu. B, w szerokich, powiewających nogawkach, zawiązana z każdej strony, w płaskich klapkach (pożyczonych od ogrodowej właścicielki), zajaśniała na tle ogrodu jak rasowy samuraj, jak rodzony kumpel Andżin-Sana :-)
Że bez miecza? I co z tego? B nie używa metalu jako oręża. Jej bronią jest uśmiech, za którym kryje się stalowa wola, poczucie obowiązku wobec pracodawcy, niezłomny kodeks honorowy i uczciwość. Taką kataną B radzi sobie lepiej, niż inni krzykiem i gniewem. Współczesny samuraj nie musi latać z obnażonym ostrzem po ulicach, to nie film. Od czasów Gandhiego i hippisów świat wie, ile można zdziałać łagodnością, optymizmem, wiarą w ludzi.
Zresztą, japońskie drzeworyty pokazują, że w Kraju Kwitnącej Wiśni te cechy od zawsze były w cenie. Dlatego naszego współczesnego, Beatkowego Bojownika otaczają postaci pełne subtelnej delikatności i swobodnej elegancji. Miłośnicy literatury, spokoju i przyrody... Tacy kulturalni samurajowie i ekologiczne gejsze. Bojownicy w słusznej sprawie. Dziś segregowaliby śmieci i spędzali niedziele na rowerowych przejażdżkach po lesie. I trzymaliby się z daleka od chamstwa, głupoty i/lub polskiej polityki.
No, wypisz, wymaluj, B ;-)
środa, 23 czerwca 2010
Kocham Wolność
Dziś mija 10 lat nieobecności Bogdana Łyszkiewicza
Zwykle czuję palącą, żółtą zawiść, gdy natykam się na czyjeś trafne sformułowanie, zgrabne zdanie. I podziw, i zachwyt. Dlaczego ja nie wpadłam na taki zestaw słów, który sprawnie i pięknie oddaje istotę rzeczy? Nie zazdroszczę innym ciuchów, samochodów, pieniędzy, domów, mężczyzn, ani żadnej rzeczy, która jej/jego jest.
Ale słów - bardzo.
A jednak z tą piosenką jest inaczej. Żadnej zazdrości. Po prostu jest moja, podpisuję się pod każdym słowem, pod każdym wersem. Buddyjsko prosta, bezpretensjonalnie filozoficzna.
Ta piosenka jest wszystkim. Moim credo.
Jeśli jest tak uniwersalna, jak twierdzę, dlaczego nie miałaby stać się inspiracją do stworzenia ubrania? Czy można coś uszyć, aby na swój sposób oddać hołd piosence i jej autorowi? Postanowiłam spróbować. Ale najpierw pomyśleć :-)
Co to jest wolność? Tyle mądrzejszych głów kombinowało nad tą kwestią. Piękną i groźną. Erich Fromm uciekał od wolności, Marczewski z kina "Wolność". Św. Jan twierdził, że prawda was wyzwoli (J 8, 32), co potem straszliwie przeinaczyli naziści na bramach swoich obozów koncentracyjnych...
Stop! Im więcej przykładów, tym większy mętlik, tym więcej sroczych ogonów wymyka się z dłoni.
A jednocześnie mam przecież prawo, jak każdy człowiek, do szukania osobnej, własnej definicji. W zakamarkach duszy. W wielkiej torbie wspomnień. W emocjach, związanych z tym słowem.
Lata osiemdziesiąte. Moje pierwsze prawdziwe dżinsy, wranglery z Peweksu. Za dolary, ciężko wycyganione od Ojca.
Zwykły, szary człowiek w dżinsach od razu stawał się kimś. Czuł na opiętym tyłku więź z tym dalekim, innym światem, z mitycznym Zachodem, gdzie podobno piło się piwo z puszek a soki owocowe z kartonów.
Nie szpanowały polskie teksasy, "szariki", jak nazywał je mój Ojciec. Z materiału tak sztywnego, że po uszyciu spodnie stały same, bez użytkownika. I za nic nie dawały się wytrzeć, nawet tarcie pumeksem w wannie nie pomagało. Prawdziwą wolność można było poczuć tylko w oryginal, trademark jeans, made in USA :-)
Skoro w mojej głowie dżins jest tak nierozerwalnie związany z hasłem wolności postanowiłam sprawdzić, co myślą o tym moi najbliżsi.
Na prośbę o pierwsze skojarzenie ze słowem "dżins", Gosia W. i K odpalili - "kowboj". Cudownie. Szerokie przestrzenie Dzikiego Zachodu. Malownicza amerykańska wolność swobodnego jeźdźca, który kieruje się w stronę zachodzącego słońca. Just my rifle, my pony and me :-)
Basia i Gosia P. wrzuciły mi do puszki słowo "spodnie". Banalnie? Skądże! W ustach kobiety to synonim możliwości własnej wypowiedzi, prawa do pracy i dostępu do życia publicznego. Kobieta w spodniach ze swobodą i odwagą wsiada wygodnie na konia, na motor. I nie musi, jak pensjonarka, pilnować złączonych kolan w autobusie.
Kobieta w spodniach to symbol wolności nowoczesnego świata.
Ania podpowiedziała enigmatycznie - kolor. Anetta sprecyzowała ten trop - niebieski. Kieślowski byłby wniebowzięty. To on przypomniał, za Rewolucją Francuską, że wolność ma kolor niebieski. Kolor, który kochają wszyscy politycy, bo na jego tle wydają nam się trochę bardziej strawni. Kolor morza i nieba, przestrzeni wolności. Barwa Dzieci Indygo.
Dostałam też odpowiedzi z zupełnie innej beczki. Zdumiewające lub do bólu proste.
B na hasło "dżins" widzi klasyczną (a słowo klasyczny nie oznacza tu stylu Coco Chanel, lecz klasykę dżinsową) sukienkę z krótkim rękawem, zapinaną na guziki. To zrozumiałe, B urodziła się aby nosić sukienki i czuć się w nich komfortowo i swobodnie.
"Guzik" to pierwsze słowo, jakie nasunęło się Mirkowi, bo dżinsy były jego pierwszymi spodniami z guzikiem. Oczami wyobraźni widzę tego młodziutkiego chłopca, jak dostaje swoje pierwsze dżinsy, zapinane na guzik, co oznacza, że może swobodnie opuścić podwórko, gdzie biegał w dresach i poznawać na własną rękę blaski i cienie tego świata.
Ćwieka w wykluwającej się teorii wolności zabił mi Karol, podrzucając słówko "ćwiek". Jaką drogą mam wyprowadzić metalowe akcesorium na ścieżkę wolności? Pakować się w estetykę rockową? A może lepiej "nit"? Od nitu prosta droga do statku, od statku do morza, a od morza do wolności już prosta szosa.
Nie pomogła też J, która tradycyjnie stanęła okoniem i wypaliła: "dupa".
Chociaż, hmmm, jakby tak pomyśleć, to coś w tym jest ;-)
Jeszcze dalej poszła T, która stwierdziła stanowczo, że dżins z niczym się jej nie kojarzy. To jest dopiero wolność!!! Absolutna swoboda wypowiedzi i poglądów, która pozwala sobie nawet na totalną, bezczelną i absolutną niezależność niemyślenia.
Przetrawiłam to wszystko w łebowym komputerze. Odpadły dżinsy, skoro tylko firmówki gwarantują efekt. Porzuciłam hippisowską długą spódnicę z falbanami, skoro nie daje swobody na motocyklu. Po dłuższym zawieszeniu mój umysł wypluł wynik:
Kombinezon dżinsowy.

Ciuch ludzi pracy. Strój robotnika, co o wolność dobija się strajkiem. Czarnego niewolnika, gdy zmuszany do pracy batem, marzy o wyzwoleniu. Lotnika, który hasa na niebie, wolny jak ptak.
Dlaczego w mojej głowie wolność idzie w parze z pracą? W końcu jak to jest: praca zniewala czy czyni wolnym? Jak mawia mój Ojciec - urlop nie smakuje tak bardzo na emeryturze. Tylko praca winduje tę taryfową wolność na piedestały.
A właśnie wybieram się na urlop. Za kilka dni, aż do połowy lipca, wolność będzie miała dla mnie smak Bałtyku, zapach lasu i dźwięk motocyklowego silnika. A kiedy podnosi się głowę i widzi dwie ściany drzew, przedzielone błękitnym niebem i rzeką szosy, człowiek czuje, że wystarczy rozpostrzeć ręce, aby odlecieć jak ptak. Może przyda się lotniczy kombinezon...
A tam, wysoko, między chmurami, jak dobry duch Bogdan czuwa nad tymi, co kochają wolność. Pewnie co dzień odstawia solówki w anielskim chórze. I założę się, że pod haftowaną białą koszulą nocną, nosi swoje stare, wytarte dżiny ;-)
p.s. dla Ojca
Tato, posyłam Ci linka. Jeśli dotarłeś aż tutaj, jesteś wielki :-)
W nagrodę składam Ci serdeczne gratulacje z okazji Dnia Ojca.
Jesteś najbardziej pracowitym człowiekiem, jakiego znam (i jest to komplemet, dla jasności).
Wśród efektów Twojej pracy jestem też ja, a zatem i to, co wyprawia się na tym blogu. Mam nadzieję, że nie przynoszę Ci wstydu.
Dziękuję ;-*
A jak ktoś nie pamięta, jaką rolę odegrał mój Ojciec w przygodzie z krawiectwem, odsyłam do wstępniaka ;-)
Zwykle czuję palącą, żółtą zawiść, gdy natykam się na czyjeś trafne sformułowanie, zgrabne zdanie. I podziw, i zachwyt. Dlaczego ja nie wpadłam na taki zestaw słów, który sprawnie i pięknie oddaje istotę rzeczy? Nie zazdroszczę innym ciuchów, samochodów, pieniędzy, domów, mężczyzn, ani żadnej rzeczy, która jej/jego jest.
Ale słów - bardzo.
A jednak z tą piosenką jest inaczej. Żadnej zazdrości. Po prostu jest moja, podpisuję się pod każdym słowem, pod każdym wersem. Buddyjsko prosta, bezpretensjonalnie filozoficzna.
Ta piosenka jest wszystkim. Moim credo.
Jeśli jest tak uniwersalna, jak twierdzę, dlaczego nie miałaby stać się inspiracją do stworzenia ubrania? Czy można coś uszyć, aby na swój sposób oddać hołd piosence i jej autorowi? Postanowiłam spróbować. Ale najpierw pomyśleć :-)
Co to jest wolność? Tyle mądrzejszych głów kombinowało nad tą kwestią. Piękną i groźną. Erich Fromm uciekał od wolności, Marczewski z kina "Wolność". Św. Jan twierdził, że prawda was wyzwoli (J 8, 32), co potem straszliwie przeinaczyli naziści na bramach swoich obozów koncentracyjnych...
Stop! Im więcej przykładów, tym większy mętlik, tym więcej sroczych ogonów wymyka się z dłoni.
A jednocześnie mam przecież prawo, jak każdy człowiek, do szukania osobnej, własnej definicji. W zakamarkach duszy. W wielkiej torbie wspomnień. W emocjach, związanych z tym słowem.
Lata osiemdziesiąte. Moje pierwsze prawdziwe dżinsy, wranglery z Peweksu. Za dolary, ciężko wycyganione od Ojca.
Zwykły, szary człowiek w dżinsach od razu stawał się kimś. Czuł na opiętym tyłku więź z tym dalekim, innym światem, z mitycznym Zachodem, gdzie podobno piło się piwo z puszek a soki owocowe z kartonów.
Nie szpanowały polskie teksasy, "szariki", jak nazywał je mój Ojciec. Z materiału tak sztywnego, że po uszyciu spodnie stały same, bez użytkownika. I za nic nie dawały się wytrzeć, nawet tarcie pumeksem w wannie nie pomagało. Prawdziwą wolność można było poczuć tylko w oryginal, trademark jeans, made in USA :-)
Skoro w mojej głowie dżins jest tak nierozerwalnie związany z hasłem wolności postanowiłam sprawdzić, co myślą o tym moi najbliżsi.
Na prośbę o pierwsze skojarzenie ze słowem "dżins", Gosia W. i K odpalili - "kowboj". Cudownie. Szerokie przestrzenie Dzikiego Zachodu. Malownicza amerykańska wolność swobodnego jeźdźca, który kieruje się w stronę zachodzącego słońca. Just my rifle, my pony and me :-)
Basia i Gosia P. wrzuciły mi do puszki słowo "spodnie". Banalnie? Skądże! W ustach kobiety to synonim możliwości własnej wypowiedzi, prawa do pracy i dostępu do życia publicznego. Kobieta w spodniach ze swobodą i odwagą wsiada wygodnie na konia, na motor. I nie musi, jak pensjonarka, pilnować złączonych kolan w autobusie.
Kobieta w spodniach to symbol wolności nowoczesnego świata.
Ania podpowiedziała enigmatycznie - kolor. Anetta sprecyzowała ten trop - niebieski. Kieślowski byłby wniebowzięty. To on przypomniał, za Rewolucją Francuską, że wolność ma kolor niebieski. Kolor, który kochają wszyscy politycy, bo na jego tle wydają nam się trochę bardziej strawni. Kolor morza i nieba, przestrzeni wolności. Barwa Dzieci Indygo.
Dostałam też odpowiedzi z zupełnie innej beczki. Zdumiewające lub do bólu proste.
B na hasło "dżins" widzi klasyczną (a słowo klasyczny nie oznacza tu stylu Coco Chanel, lecz klasykę dżinsową) sukienkę z krótkim rękawem, zapinaną na guziki. To zrozumiałe, B urodziła się aby nosić sukienki i czuć się w nich komfortowo i swobodnie.
"Guzik" to pierwsze słowo, jakie nasunęło się Mirkowi, bo dżinsy były jego pierwszymi spodniami z guzikiem. Oczami wyobraźni widzę tego młodziutkiego chłopca, jak dostaje swoje pierwsze dżinsy, zapinane na guzik, co oznacza, że może swobodnie opuścić podwórko, gdzie biegał w dresach i poznawać na własną rękę blaski i cienie tego świata.
Ćwieka w wykluwającej się teorii wolności zabił mi Karol, podrzucając słówko "ćwiek". Jaką drogą mam wyprowadzić metalowe akcesorium na ścieżkę wolności? Pakować się w estetykę rockową? A może lepiej "nit"? Od nitu prosta droga do statku, od statku do morza, a od morza do wolności już prosta szosa.
Nie pomogła też J, która tradycyjnie stanęła okoniem i wypaliła: "dupa".
Chociaż, hmmm, jakby tak pomyśleć, to coś w tym jest ;-)
Jeszcze dalej poszła T, która stwierdziła stanowczo, że dżins z niczym się jej nie kojarzy. To jest dopiero wolność!!! Absolutna swoboda wypowiedzi i poglądów, która pozwala sobie nawet na totalną, bezczelną i absolutną niezależność niemyślenia.
Przetrawiłam to wszystko w łebowym komputerze. Odpadły dżinsy, skoro tylko firmówki gwarantują efekt. Porzuciłam hippisowską długą spódnicę z falbanami, skoro nie daje swobody na motocyklu. Po dłuższym zawieszeniu mój umysł wypluł wynik:
Kombinezon dżinsowy.

Ciuch ludzi pracy. Strój robotnika, co o wolność dobija się strajkiem. Czarnego niewolnika, gdy zmuszany do pracy batem, marzy o wyzwoleniu. Lotnika, który hasa na niebie, wolny jak ptak.
Dlaczego w mojej głowie wolność idzie w parze z pracą? W końcu jak to jest: praca zniewala czy czyni wolnym? Jak mawia mój Ojciec - urlop nie smakuje tak bardzo na emeryturze. Tylko praca winduje tę taryfową wolność na piedestały.
A właśnie wybieram się na urlop. Za kilka dni, aż do połowy lipca, wolność będzie miała dla mnie smak Bałtyku, zapach lasu i dźwięk motocyklowego silnika. A kiedy podnosi się głowę i widzi dwie ściany drzew, przedzielone błękitnym niebem i rzeką szosy, człowiek czuje, że wystarczy rozpostrzeć ręce, aby odlecieć jak ptak. Może przyda się lotniczy kombinezon...
A tam, wysoko, między chmurami, jak dobry duch Bogdan czuwa nad tymi, co kochają wolność. Pewnie co dzień odstawia solówki w anielskim chórze. I założę się, że pod haftowaną białą koszulą nocną, nosi swoje stare, wytarte dżiny ;-)
p.s. dla Ojca
Tato, posyłam Ci linka. Jeśli dotarłeś aż tutaj, jesteś wielki :-)
W nagrodę składam Ci serdeczne gratulacje z okazji Dnia Ojca.
Jesteś najbardziej pracowitym człowiekiem, jakiego znam (i jest to komplemet, dla jasności).
Wśród efektów Twojej pracy jestem też ja, a zatem i to, co wyprawia się na tym blogu. Mam nadzieję, że nie przynoszę Ci wstydu.
Dziękuję ;-*
A jak ktoś nie pamięta, jaką rolę odegrał mój Ojciec w przygodzie z krawiectwem, odsyłam do wstępniaka ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
