czwartek, 30 września 2010

Jego Wysokość Fiodet

Godet. Atrybut elegancji z najwyższej półki.
Fiolet. Kolor władzy.

W skrócie Fiodet. Nazwę wymyślił K, który z uroczym zaangażowaniem zrealizował kolejny wymysł mojej wyobraźni. Wysłuchał mętnych wskazówek na temat kadru (Musi być z kolumienkami, jak w krużgankach na Wawelu, ale nowocześnie), pozy (Taka, rozumiesz, królewska, jakby z góry, pozdrowienia dla ludu) i fałd tkaniny (Godet ma być widać przede wszystkim).

Nowoczesna kobieta, łącząca szyk i panowanie (przynajmniej nad sobą). Współczesna wersja jednej z żon Henryka VIII , wszystko jedno której. Nie obwieszana przez męża codziennie nowym naszyjnikiem, ale i nie obawiająca się, że słodki małżonek pewnego dnia przepołowi jej szyję na szafocie. Klasyczna kratka może nie byłaby wielkim modowym szokiem na dworze Tudorów, w końcu Szkoci w kratkach śmigają od wieków. Ale lepiej nie utożsamiać się zbytnio z tym wątkiem, mając na uwadze los nieszczęsnej Marii Stuart, królowej Szkocji.

Lawirowanie w sferach władzy i wykwintu bywa niezwykle trudne. Już u zarania istnienia tego zestawu, sprawy się komplikowały, jak intrygi na królewskich korytarzach. Materiał w kratkę nie był mój... B kupiła go dla siebie, na płaszczyk. Jakąś mglistą obietnicą, jakimś podchodem zawiłym, wyłudziłam go perfidnie. Plus tafta na gorset. Elastyczna, wygodna. Gorset obdarzyłam wielkim dekoltem, pal licho, że niezbyt wypełnionym. Każda rasowa władczyni musi poddanym biust zademonstrować. I już miałam kreację na swoją pierwszą imprezę firmową (ponad tysiąc osób), wielką galę w hotelu w górach. Debiutująca królowa :-)

Minęło dziewięć lat od tamtej zabawy. Fioletowy komplet ozdobił kilka wesel, parę “wielkich wyjść” i nadal trzyma się świetnie. Kilka razy korciło mnie, aby uciąć w kolanach, skrócić jak na gilotynie, pozbawić Fiodet całego uroku, po to tylko, by mieć kolejną, codzienną spódnicę. Całe szczęście, że takie emocje trwają tyle, co miłostki Henia nr 8 i zawsze wracam na łono jedynie słusznej wiary, że tak jest dobrze. Maksymalnie wytwornie. Ciekawe, jak oceniłoby mój “królewski” strój to towarzystwo?


środa, 22 września 2010

Ostatni dzień lata



Sen na plaży. Człowiek zapada w niego jak w głęboki ocean. Mewy pokrzykują z daleka, z innego świata. Rozgrzane ciało. Ciepły piasek w zagłębieniach dłoni, na wargach. Pobudka jest trudna, jak mozolny powrót z wędrówki po wydmach. Trzeba odkleić spoconą skórę. Na ramieniu mokra pieczątka śliny. Twarz wymięta. Wszystko jakieś obce, nowo narodzone. Zagubiona we własnym ciele, upalona słońcem, zamroczona. W pierwotnym odruchu zmierzam do morza. Zanurzam ciało w chłodnej wodzie, w jednej chwili odzyskując samą siebie.

Uwielbiam ten stan. I ten sen bezdenny, w studni nieba. I przebudzenie pijane, pulsujące w skroniach. I roztapianie się w turkusowym szkle.
Morze działa na wszystkie zmysły równocześnie. Jak seks. Gęsta, sensualna, oniryczna aura. Pusta plaża, słońce w zenicie, tylko ja... I on. Dwie dusze, dwa ciała. “Ostatni dzień lata”.

Szukając tej sennej, zmysłowej atmosfery, pokusiliśmy się o remake fotosu z filmu. Na oryginale Jan Machulski w czarnym swetrze i Irena Laskowska w pasiastej, szerokiej spódnicy. W naszej wersji On występuje w bieli, (koszula i spodnie made by eMMa) a Ona w niespełnionym kombinezonie z niebieskiej bawełny. Te dwa kolory symbolizują wszystko, co w lecie najważniejsze - niebo i chmury, morze i fale. I trochę nostalgii.

Swoją drogą, niezły pomysł na popołudnie. Pozycja, jaką aktorka przyjęła na zdjęciu, jest piekielnie niewygodna. Trudna do uchwycenia. Podobnie jak nieobecne, melancholijne spojrzenie Machulskiego. Ta zabawa ma w sobie coś z Kamasutry i coś z przedszkola. Trudno też, cytując mistrza być jednocześnie twórcą i tworzywem, nie wspominając o jego dylematach związanych z czteroliterową częścią ciała.
Nasza fota epatuje widza przede wszystkim pierwszoplanową, wielką d... Wyszło zatem dość dosadnie erotycznie. Może to jednak też swoista metafora. Tyle nam lato pokaże, aż do następnej edycji.

p.s.
Proponuję jeszcze jedną zabawę. Tak, wiem, że “Ostatni dzień lata” to film o trudnych i smutnych sprawach, rozliczeniach z wojną i z wielką stratą. Ale może by tak pozwolić sobie na swobodniejszą interpretację? Wyobraźmy sobie, że On to zwykły człowiek, jedermann, każdy z nas. A Ona to lato...

środa, 15 września 2010

Galeria_B. Babie Lato


Nie, nie wysłałam B żywcem do nieba. To fotomontaż. Może i spadło na nią kilka komplementów na łamach blogowych, ale aniołkiem to ona nie jest. O NIE ;-)

Dlaczego zatem buja w obłokach?

Zaczęło się od jej wybujałych wymagań. U progu zeszłego lata B oświadczyła, że życzy sobie elegancką sukienkę w kolorze “chmurny błękit z dodatkiem lila”. Jakim? Co się nachodziłam w poszukiwaniu takiej materii! I nawet kiedy znalazłam niezwykle elegancki, kosztowny, bielastyczny dżersej o wyrafinowanym, matowym połysku i mięsistej strukturze, nie byłam pewna, czy trafiłam z kolorem. A pokażcie mi faceta, który wie, co B miała na myśli!!!

W kolejnej odsłonie tej historii, B wskazała palcem konkretny model, na konkretnej stronie Pisma. Szykowną kreację z luźną, kimonową górą; portfelową, rozkloszowaną spódnicą i szerokim, wiązanym paskiem. Tu przymarszczona, tam mocno wycięta. Kwintesencja kobiecości. W tańcu rozwiana, łagodnie opływająca. Tyle teorii.

Tkanina okazała się niezmiernie wymagająca, niemal tak, jak jej przyszła właścicielka. Wszystkie wykończenia trzeba było dłubać ręcznie, bo materiał grymasił pod stopką maszyny. Na spódnicę poszło prawie trzy metry dżerseju, więc całość zrobiła się diabelnie ciężka, jak na zwiewną wieczorową toaletę. Pocieszeniem miał być fakt, że B zamierzała nosić ją latem także w dni powszednie, w celach pracowniczych.

Po pierwszej przymiarce było już wiadomo, że obszerny, chętny do wynurzeń, dekolt raczej wyeliminuje tę kieckę z ewentualnego codziennego użytkowania. A pierwsze próby noszenia dowiodły, że niewdzięczna materia zachowuje na sobie plamy po każdej kropli wody, niełatwo się prasuje i ciągnie swym ciężarem nosicielkę do ziemi, zamiast unosić ją pod niebiosa. Czasem niebieski nie oznacza niebiański...

Nie zdziwiłam się, kiedy B zareagowała niechęcią na propozycję pozowania w Chmurnym Błękicie. Kiedy oczekiwania tak bardzo różnią się od namacalności, trudno o dobrą minę. Ale tak to jest z amatorską zabawą w krawiectwo - nigdy nie wiadomo jaki realny kształt osiągnie wymyślone odzienie. Być może B ma też powoli dość roli, jaką jej zaserwowałam, a wychwalanie kiecki, której tak normalnie, po ludzku, nie znosi, było ponad jej siły.

A opadłszy z sił, leniwie wyciągnęła się na chmurnym posłaniu. Podniesioną dłonią zapewne nieśpiesznie liczy baranki, przed popołudniowym drzemankiem. Albo bawi się pajęczą nicią, jak ospała baba na obrazie Chełmońskiego. A może zaraz ułoży palce w międzynarodowy znak, informujący dosadnie, że mamy się szybko przestać interesować jej sprawami :-)

Takie słodkie lenistwo późnego, babiego lata. Samolubne, zdrowe i szczere. Kiedy mam głęboko w ... nosie resztę świata. W końcu, w wieku średnim, w miarę dojrzałym*, uczę się mówić: Nie podoba mi się, nie mam ochoty, nie zgadzam się. Zamiast nieustannie ogarniać rzeczywistość, wolę pognuśnieć horyzontalnie, rojąc o niebieskich migdałach.

Babie lato to podobno synonim dojrzałej kobiety. Spokojnej i zrównoważonej, jak wrześniowa pogoda - jeszcze słoneczna i ciepła, ale już bez burz. Czasem się trochę zachmurzy, popada. Ale sami popatrzcie, przecież w Chmurnym jest jej bosko ;-)

* w prefiksie lat pojawia się 3 lub więcej

p.s. czyli słowo od B:

nie powiedziałabym że jej nie cierpię - na weselu mojego brata sprawiła się wspaniale co widać na zdjęciach z wesela, raz odważyłam się przyjść w niej do pracy i gdyby nie duży dekolt to ponowiłabym ten epizod z chęcią
ale zbyt wiele uwagi zajmuje mi pilnowanie wystającego stanika
chodzę w niej za to do kościoła czasami kusić starszych panów :)

niedziela, 5 września 2010

Sen o surfingu

Lato... Ktoś je widział ostatnio?

W programie letnim coś się wyraźnie spieprzyło, może padła grafika, albo procesor się przegrzał od upałów. Nie wiadomo. Efekt jest taki, że projekt wysypał się przed końcem akcji, choć można było jeszcze sporo z niego wycisnąć.
Bez aplikacji “Lato.2010” jesteśmy skazani na mokre i zimne demo jesienne :-(

Pozostają wspomnienia, wyobraźnia lub sny.
A może nie ma między nimi różnicy?

Oczyma duszy wspominam to miejsce, w którym noce są ciepłe, a dni wypełnione słońcem i bryzą. Moja nowa sportowa sukienka świetnie się tu spisuje. Ma długi zamek z przodu, więc można ją błyskawicznie wkładać. Kaptur chroni przed słońcem. Gumki zapewniają wygodę i luz. Wymiana mokrych kąpielówek przestaje być plażową zmorą. Każdy, kto miał sposobność przebierania się pod ręcznikiem, wie, jaka to komiczna i niebezpieczna ekwilibrystyka.
Ta sukienka to emanacja komfortu, sportowego ducha i plażowej swobody.

Jest piękny poranek. Prosto z objęć Morfeusza wskakuję w bikini, w sportową kieckę i ulubione gumowe krokodyle. Łapię deskę pod pachę i lecę na plażę, łapać fale. W pędzie porannym zapominam o kawie, o kocie, o mężu. Zapominam o całym bożym świecie.
Istnieje tylko surfing.

Upss.
Mój prywatny architekt snów, mój nadworny grafik i cudotwórca właśnie postanowił sobie zażartować, wpychając mi pod pachę, zamiast surfingowej, deskę do prasowania :-) No cóż, jako krawcowa marząca o surfowaniu, powinnam zakasać rękawy i rzucić się w morską toń na moim wypróbowanym, niezawodnym sprzęcie!
We śnie przecież wszystko jest możliwe. Może dziś zaliczę swoją pierwszą jazdę w tubie?

W filmie "Incepcja", każdy z bohaterów, wkraczających świadomie w marzenia senne, dysponuje totemem - niewielkim przedmiotem, którego obecność i szczególne właściwości pozwalają odróżnić sen od jawy.
Okazuje się, że ja także mam totem. Bo kto mi wytłumaczy racjonalnie, dlaczego po domniemanym śnie o surfingu znalazłam w przedpokoju moje błękitne krokodylki, wypełnione plażowym piaskiem?

Wygląda na to, że resztę lata musimy dośnić sobie sami. Wszystkie nieprzepłynięte akweny, niegrillowane kiełbasy, nieskonsumowane romanse...
Zatem, dobranoc... ;-)